Każdy z nas miał takie chwile w życiu, kiedy mógł dojrzeć - przez ułamek
sekundy, ale jednak - delikatny blask skrzydeł swojego Anioła. I każdemu z nas z
pewnością nie raz mignęła przed oczami kosmata, obrzydliwa łapa. Mówię tu
oczywiście o chwilach w życiu człowieka, kiedy wyraźnie czuje obecność, życzliwą
i pełną miłości, pomocną obecność Anioła Stróża. I o chwilach, kiedy na przykład
zrobił, powiedział, pomyślał coś bardzo złego, czego tak naprawdę nie chciał
zrobić, powiedzieć, pomyśleć, a jednak - jakby poza nim i wbrew swojej woli -
zrobił, pomyślał, powiedział. A potem dziwił się: jak do tego mogło dojść?
Takie chwile, wydarzenia, przebłyski mają miejsce w życiu każdego człowieka,
choć nie każdy chce je zauważyć. Niezauważanie tego jest moim zdaniem jakimś
wyjątkowym kalectwem i myślę, że zdarza się bardzo rzadko. Interesuje mnie
natomiast jak to sobie tłumaczą ludzie, którzy twardo obstają przy ateistycznym
światopoglądzie.
Nie wiem, jak jest w innych częściach Polski, ale we Wrocławiu od kilku lat w
okresie świąt Bożego Narodzenia praktycznie nie ma kolędników. Nie przychodzą do
nas przebrane dzieci śpiewające lepiej lub gorzej kolędę. Czy to z tego powodu,
że zdążyli oblecieć wszystkie domy i mieszkania w okolicy, półtora miesiąca
wcześniej, 31 października, "świętując" halloween? Myślę, że w jakimś stopniu
dlatego.
Ralph Sarchie to nowojorski policjant pracujący wiele lat na południowym
Bronxie. Swoją książkę pt. "Zbaw nas ode złego" zaczyna od słów: "Nie cierpię
halloween. Ale nie zawsze tak było (...) Dopiero gdy jako policjant patrolowałem
niebezpieczne dzielnice mojego miasta, poznałem mroczną stronę tego święta:
każdy nowojorski zboczeniec i wariat dochodzi do wniosku, że tej nocy otwiera
się sezon polowań na dzieci (...) prastary lęk przed tą datą ma jednak swoje
źródła w czymś więcej niż ludowe podania czy przesądy. Niemal zawsze pod koniec
października - albo w samo halloween, albo dzień wcześniej, w dniu który trafnie
nazywa się Nocą Diabła albo Nocą Występku - nagle dostajemy wyjątkowo dużo
zgłoszeń."
O książce Ralpha Sarchiego dowiedziałam się latem tego roku, przy okazji
wejścia na ekrany polskich kin filmu pod tym samym tytułem, a który jest
ekranizacją opowieści policjanta o przypadkach oddziaływania Złego i opętań
wśród mieszkańców Stanów Zjednoczonych. Filmu nie oglądałam, bo trailer mi
wystarczył, żeby zrezygnować z wycieczki do kina. Ja po prostu nie oglądam
horrorów.
Książkę przeczytałam i muszę przyznać, że jest mocna. Jej mocą w żadnym
wypadku nie jest jej literackość - książkę zresztą napisała Lisa Collier Cool na
podstawie relacji policjanta - on jest wymieniany jako główny autor. Literacko
więc jest to książka bardzo przeciętna. Tyle, że czytając ją, piękno języka,
metafor i innych środków stylistycznych w literaturze w ogóle przestaje mieć
znaczenie.
Ralph Sarchie, policjant, po godzinach służby zajmuje się Pracą: pomaga
biskupowi ze swojej diecezji w diagnozowaniu przypadków zjawisk
nadprzyrodzonych. W skrócie wygląda to tak: wystraszeni ludzie, po wykorzystaniu
już wszelkich możliwych sposobów poradzenia sobie z nękającym ich
niewytłumaczalnym koszmarem na jawie, w odruchu desperacji dzwonią po
katolickiego duchownego. Ponieważ ten ma w jednej chwili kilka takich spraw i
zgłoszeń, korzysta z pracy pomocników świeckich, a jednym z nich jest właśnie
Sarchie. Sarchie nie pracuje sam, ale w towarzystwie swojego przyjaciela,
również policjanta. Jadą na wskazane miejsce, rozmawiają z rodziną i ludźmi
nękanymi koszmarnie prze coś, czego nie umieją ci ludzie zrozumieć, a co
doprowadza ich do obłędu i totalnej rozsypki. Policjanci diagnozują czy to COŚ
pochodzi z głów ludzi wołających o pomoc, czy raczej z czeluści piekielnych.
Diagnoza polega na dokładnym wywiadzie - jak w zwykłym policyjnym śledztwie oraz
na modlitwie. Jeśli policjanci stwierdzają oddziaływanie złego ducha, na miejsce
wkracza biskup lub ksiądz wskazany przez biskupa i rozpoczyna egzorcyzmy - nad
człowiekiem bądź nad miejscem.
Opisy opętań czy to ludzi czy domów chwilami mrożą krew w żyłach. Są bardzo
obrazowe i czasem miałam wrażenie, że czytam scenariusz typowego
amerykańskiego filmu. I pewnie odrzuciłabym tę książkę z niesmakiem, gdyby nie
autentyczność, która mimo wszystko z niej przebija. Sarchie ciągle pisze o mocy
modlitwy indywidualnej, o mocy różańca, o tym jak ważne jest życie w stanie
łaski, a jak niebezpieczne jest uleganie pewnym modom lub banalizowanie takich
zabaw jak przebieranki halloweenowe, wróżby, wywoływanie duchów podczas imprez -
że niby taka świetna, emocjonująca zabawa.
Tym, co ostatecznie zdecydowało, że książkę przeczytałam całą i szczerze ją
polecam jest również brak zagłębiania się w meandry psychologiczne autora. A
przecież mógłby on nie jedną a kilka książek napisać o tym, z czym musi się
zmagać, gdy asystuje przy egzorcyźmie, gdy widzi to, co nazywa złem wtórnym,
czyli najpotworniejsze zbrodnie Nowego Jorku, które niby są czynem człowieka,
ale tak naprawdę czyimś jeszcze. Pokora tego człowieka przebija z każdej strony
tej książki i ostatecznie świadczy o jej autentyczności i prawdziwości
wszystkich opisanych tam potwornych spraw.
Ta książka to wielkie świadectwo wiary w Boga, w Jego moc i opiekę. To także
kolejny dowód na to, że w świecie toczy się prawdziwa walka o dusze. O tym, jak
zgubne w skutkach może być trywializowanie lub - co gorsza - wyśmiewanie tego
faktu. Ralf Sarchie przedmowę do książki kończy słowami "Niech Bóg ma w opiece
Was wszystkich".
I ja też tak kończę dzisiejszy wpis. Życząc równocześnie, żebyście się chwilę
zastanowili, zanim pozwolicie dzieciom przebrać się 31 października za
demona.
"Zbaw nas ode złego", Ralph Sarchie, Lisa Collier Cool, wyd. Esprit, 2014
"Dwie chwile ważne są w życiu każdego: ta kiedy się urodził, oraz ta kiedy dowie się po co żyje." Mark Twain.
niedziela, 12 października 2014
wtorek, 3 czerwca 2014
Tymon pisze do gazety
W naszej szkole muzycznej uczniowie redagują swoją gazetkę pt. Scherzo. W kwietniu nasz pani, Krystyna Dyżewska zaprosiła nas na koncert swojego byłego ucznia - Sławka Krysy. Sławek aktualnie przygotowuje się do eliminacji w konkursie Chopinowskim. Dodatkowo zagrały też 4 uczennice naszej pani - te które przygotowywały się do konkursu. Pozostałe dzieci miały za zadania napisać recenzję z tego koncertu.
Pomysł recenzji był pomysłem naszej pani i uważam go za fantastyczny. My w domu od dawna lubimy recenzje za sprawą filmu "Ratatuj" i groźnego krytyka kulinarnego, Antona Ego. Tymonowi Anton Ego bardzo się podobał, chyba nawet mu imponował tą swoją srogością. Ja również uważam go za najciekawszą postać filmu. Dlatego też recenzja Tymcia zaczyna się mottem, który z kolei jest cytatem z recenzji Antona: Nie każdy może być wielkim artystą, ale wielki artysta może obudzić się w każdym.
Pani zaniosła recenzje do gazetki szkolnej, a redakcja postanowiła w niej zamieścić dwie z nich. Między innymi Tymcia. Przyznaję, że pomogłam Tymonowi w zapisaniu tytułów utworów, ale sformułowania i opis wrażeń jest jak najbardziej jego.
A to link do wydania internetowego "Scherzo":
http://www.sm1st.wroclaw.pl/assets/files/Scherzo/scherzo%205.pdf
Pisanie recenzji to wspaniała zabawa i równocześnie spora dawka wiedzy dla dzieci - na temat gatunku, sposobu redagowania, etc. No i inaczej uczestniczy się w wydarzeniu, gdy ma się świadomość takiej odpowiedzialności, jak zrecenzowanie go nieobecnym lub - jeszcze trudniej - obecnym.
Myślę, że będziemy takie rzeczy powtarzać częściej, na własny użytek, wychodząc z dziećmi do kina, czy na wystawę (ostatnio byliśmy w powstającym dopiero Muzeum Pana Tadeusza na wrocławskim Rynku) i być może uda mi się namówić Tymona, by opisał swoje wrażenia.
Pomysł recenzji był pomysłem naszej pani i uważam go za fantastyczny. My w domu od dawna lubimy recenzje za sprawą filmu "Ratatuj" i groźnego krytyka kulinarnego, Antona Ego. Tymonowi Anton Ego bardzo się podobał, chyba nawet mu imponował tą swoją srogością. Ja również uważam go za najciekawszą postać filmu. Dlatego też recenzja Tymcia zaczyna się mottem, który z kolei jest cytatem z recenzji Antona: Nie każdy może być wielkim artystą, ale wielki artysta może obudzić się w każdym.
Pani zaniosła recenzje do gazetki szkolnej, a redakcja postanowiła w niej zamieścić dwie z nich. Między innymi Tymcia. Przyznaję, że pomogłam Tymonowi w zapisaniu tytułów utworów, ale sformułowania i opis wrażeń jest jak najbardziej jego.
A to link do wydania internetowego "Scherzo":
http://www.sm1st.wroclaw.pl/assets/files/Scherzo/scherzo%205.pdf
Pisanie recenzji to wspaniała zabawa i równocześnie spora dawka wiedzy dla dzieci - na temat gatunku, sposobu redagowania, etc. No i inaczej uczestniczy się w wydarzeniu, gdy ma się świadomość takiej odpowiedzialności, jak zrecenzowanie go nieobecnym lub - jeszcze trudniej - obecnym.
Myślę, że będziemy takie rzeczy powtarzać częściej, na własny użytek, wychodząc z dziećmi do kina, czy na wystawę (ostatnio byliśmy w powstającym dopiero Muzeum Pana Tadeusza na wrocławskim Rynku) i być może uda mi się namówić Tymona, by opisał swoje wrażenia.
środa, 28 maja 2014
"Nazywam się.... Jan Paweł II" - jestem na nie
O książeczce tej dowiedziałam się z bardzo ciekawego bloga Mamaczyta.pl (bloga polecam). Recenzja była entuzjastyczna i pod jej wpływem kupiłam prezent mojemu synowi. Książeczka przyszła do mnie bardzo szybko, pocztą. Rozpakowałam i ....pierwsze rozczarowanie: ilustracje.
Ale od początku.
Książka "Nazywam się ...Jan Paweł II" jest jedną z kilku w serii o sławnych ludziach dla dzieci, wydawnictwa Media Rodzina. Pozostałe to m.in "Nazywam się...Albert Einsten, Leonardo da Vinci, Wiliam Shakespeare, Matka Teresa z Kalkuty" i inne. Wydawnictwo Media Rodzina lubię i uważam, ze starają się trzymać wysoki poziom. Jednak ta książeczka bardzo mnie rozczarowała.
Autorem jej jest Jan W. Góra OP, ilustracje narysowała Lucyna Talejko Kwiatkowska.
Ilustracje zupełnie nie przypadły mi do gustu, rozmazane twarze bez konturów na większości z nich, albo jakieś takie dziwne....Ale powiedzmy, że jest to rzecz gustu. Natomiast tekst....Albo ja się nie znam, albo ze mną coś nie tak. ale gdy czytałam, włosy jeżyły mi się na głowie. Zdania krótkie, kojarzące się z komunikatami na różnych portalach internetowych. Takie, które określam jako niechlujne. Podam przykład:
"Byłem ich duszpasterzem, równocześnie byłem ich profesorem. Od 1954 roku prowadziłem zajęcia na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Najważniejsze, że byłem ich duszpasterzem"
Ci "oni" to młodzi podopieczni Wojtyły, którzy mówią do niego "Wujku" i jeżdżą z nim na spływy kajakowe. Ale to napisane jest całą stronę wcześniej, a właściwie tylko napomknięte, a potem tylko "ich", "oni". To zdanie o byciu "ich duszpasterzem" pojawia się zresztą kilka razy, ale niestety bez wyjaśnienia kim jest duszpasterz, jaką ma rolę etc.
W pierwszej chwili myślałam, że tekst jest napisany przez jakiegoś ghost writera a Jan Góra OP tylko go podpisał, dla dodania książce powagi. Ale weszłam na stronę zakonnika i po przeczytaniu kilku jego tekstów stwierdziłam, że jednak książeczkę tę on napisał od początku do końca, a redakcja i korekta wydawnictwa, czy to przez oszczędność czy z innych powodów, tekst przyjęła - chyba bez czytania. Ten sam styl, dosyć charakterystyczny.
Zresztą, sama nie wiem. Może innym się podoba styl sms-owej komunikacji, krótkie zdania, mieszanie czasów (raz teraźniejszy, raz przeszły), choć całość i zamysł moim zdaniem tego nie wymaga.
Mój Tymon książeczkę przeczytał w 1 dzień, co nie jest trudne, bo bardziej przypomina to broszurkę niż książkę, ale tu - powiedzmy - taki był zamysł wydawcy odnośnie tej serii. Tymon stwierdził, że "nawet niezła", ale ja jestem zdania, że właśnie "zła". Uważam, że dziś brakuje dzieciom wzorca pięknego języka. Czasem słyszę dialogi bohaterów kinowych kreskówek i mam prawie stan przedzawałowy z tego powodu. A dzieci to oglądają, słuchają i powtarzają. Maile, sms-y, to wszystko nie wymaga żadnych umiejętności poza podstawowym składaniem liter w słowo.
Niechlujstwo, prymitywizm, bieda - to charakteryzuje moim zdaniem dzisiejszy język, którym posługują się dzieci, młodzież i wielu dorosłych. A ta książka wpisuje się w ten trend nędzy literackiej. Nie widzę żadnych zalet tej lektury. Wszyscy powtarzają, że nie jest łatwo pisać o Janie Pawle II dla dzieci, a ja nie rozumiem, o co chodzi. A co w tym trudnego? Jak wam tak trudno, to nie piszcie. Niech robi to ktoś, dla kogo nie jest to karą lub zleceniem ratującym budżet domowy. Jestem pewna, że można pisać o naszym Papieżu pięknie i dla dorosłych i dla dzieci.
Tej pozycji zdecydowanie nie polecam.
Ale od początku.
Książka "Nazywam się ...Jan Paweł II" jest jedną z kilku w serii o sławnych ludziach dla dzieci, wydawnictwa Media Rodzina. Pozostałe to m.in "Nazywam się...Albert Einsten, Leonardo da Vinci, Wiliam Shakespeare, Matka Teresa z Kalkuty" i inne. Wydawnictwo Media Rodzina lubię i uważam, ze starają się trzymać wysoki poziom. Jednak ta książeczka bardzo mnie rozczarowała.
Autorem jej jest Jan W. Góra OP, ilustracje narysowała Lucyna Talejko Kwiatkowska.
Ilustracje zupełnie nie przypadły mi do gustu, rozmazane twarze bez konturów na większości z nich, albo jakieś takie dziwne....Ale powiedzmy, że jest to rzecz gustu. Natomiast tekst....Albo ja się nie znam, albo ze mną coś nie tak. ale gdy czytałam, włosy jeżyły mi się na głowie. Zdania krótkie, kojarzące się z komunikatami na różnych portalach internetowych. Takie, które określam jako niechlujne. Podam przykład:
"Byłem ich duszpasterzem, równocześnie byłem ich profesorem. Od 1954 roku prowadziłem zajęcia na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Najważniejsze, że byłem ich duszpasterzem"
Ci "oni" to młodzi podopieczni Wojtyły, którzy mówią do niego "Wujku" i jeżdżą z nim na spływy kajakowe. Ale to napisane jest całą stronę wcześniej, a właściwie tylko napomknięte, a potem tylko "ich", "oni". To zdanie o byciu "ich duszpasterzem" pojawia się zresztą kilka razy, ale niestety bez wyjaśnienia kim jest duszpasterz, jaką ma rolę etc.
W pierwszej chwili myślałam, że tekst jest napisany przez jakiegoś ghost writera a Jan Góra OP tylko go podpisał, dla dodania książce powagi. Ale weszłam na stronę zakonnika i po przeczytaniu kilku jego tekstów stwierdziłam, że jednak książeczkę tę on napisał od początku do końca, a redakcja i korekta wydawnictwa, czy to przez oszczędność czy z innych powodów, tekst przyjęła - chyba bez czytania. Ten sam styl, dosyć charakterystyczny.
Zresztą, sama nie wiem. Może innym się podoba styl sms-owej komunikacji, krótkie zdania, mieszanie czasów (raz teraźniejszy, raz przeszły), choć całość i zamysł moim zdaniem tego nie wymaga.
Mój Tymon książeczkę przeczytał w 1 dzień, co nie jest trudne, bo bardziej przypomina to broszurkę niż książkę, ale tu - powiedzmy - taki był zamysł wydawcy odnośnie tej serii. Tymon stwierdził, że "nawet niezła", ale ja jestem zdania, że właśnie "zła". Uważam, że dziś brakuje dzieciom wzorca pięknego języka. Czasem słyszę dialogi bohaterów kinowych kreskówek i mam prawie stan przedzawałowy z tego powodu. A dzieci to oglądają, słuchają i powtarzają. Maile, sms-y, to wszystko nie wymaga żadnych umiejętności poza podstawowym składaniem liter w słowo.
Niechlujstwo, prymitywizm, bieda - to charakteryzuje moim zdaniem dzisiejszy język, którym posługują się dzieci, młodzież i wielu dorosłych. A ta książka wpisuje się w ten trend nędzy literackiej. Nie widzę żadnych zalet tej lektury. Wszyscy powtarzają, że nie jest łatwo pisać o Janie Pawle II dla dzieci, a ja nie rozumiem, o co chodzi. A co w tym trudnego? Jak wam tak trudno, to nie piszcie. Niech robi to ktoś, dla kogo nie jest to karą lub zleceniem ratującym budżet domowy. Jestem pewna, że można pisać o naszym Papieżu pięknie i dla dorosłych i dla dzieci.
Tej pozycji zdecydowanie nie polecam.
wtorek, 27 maja 2014
Jestem mamą, to moja kariera
Wprawdzie dzień po, ale mam usprawiedliwienie. Lekarz, praca, a potem świętowanie Dnia Matki, tak wyglądał mój wczorajszy dzień. Od Natalki dostałam śliczną podstawkę pod kubek, z życzeniami na rewersie, a Tymon zrobił dla mnie cudną laurkę i pięknymi życzeniami, w których napisał, że jestem najpiękniejsza, najkochańsza i najlepiej gotuję:)
Po południu pojechaliśmy na koncert do szkoły muzycznej, Tymon grał dwa utwory, dla mamy i wyszło mu bardzo dobrze.
A dziś jeszcze przeżywam dzień wczorajszy i słucham piosenki, którą tak polubiłam.
Z dedykacją dla wszystkich MAM:)
Po południu pojechaliśmy na koncert do szkoły muzycznej, Tymon grał dwa utwory, dla mamy i wyszło mu bardzo dobrze.
A dziś jeszcze przeżywam dzień wczorajszy i słucham piosenki, którą tak polubiłam.
Z dedykacją dla wszystkich MAM:)
piątek, 9 maja 2014
Polskie, grube dzieci
.....czyli za pysk i do ziemi....
W 2000 roku w sierpniu odbył się w Rzymie Wielki Jubileusz Młodych. Na spotkanie z Papieżem przybyło ok 3 mln osób z całego świata. W tym samym czasie podróżowałam z przyjaciółmi po Włoszech autostopem, w nieco innych celach niż pielgrzymowanie do Watykanu, ale pamiętam, że gdzie się nie pojawiliśmy, tam witano nas i traktowano bardzo sympatycznie i z wielkim szacunkiem - tak właśnie, z szacunkiem, choć wyglądaliśmy jak brudni włóczędzy. Patrzyli na nas różni Włosi, z różnych części swojego kraju i mówili: Polaki, Polaki, bardzo was tu lubimy. Każdy kierowca, który się nam zatrzymywał, pytał: skąd jesteście?, na co my, że z Polski, a on na to "aaaa, Wojtyła!"
Do Rzymu w tym czasie jubileuszu udało nam się trafić, ale na sam koniec uroczystości. Byliśmy wówczas w takim wieku i takim stanie ducha, że zupełnie nam na tym nie zależało. Ale zdarzyło się w wyniku splotu różnych przedziwnych sytuacji, że pewnego wieczoru wylądowaliśmy na pojubileuszowym spotkaniu włoskich wolontariuszy pracujących przy obsłudze tych dni w Watykanie. Było to spotkanie dla mnie przynajmniej, wyjątkowe i pouczające. Wolontariusze opowiadali sobie o minionych dniach, o wrażeniach ze spotkania z całym światem. Zdecydowana większość wolontariuszy to byli oczywiście Włosi, ale zaplątały się wśród nich dwie polskie młode siostry z nowicjatu. One były dla nas tłumaczkami na tym spotkaniu. I tam usłyszeliśmy piękne rzeczy o Polsce i naszych rodakach - że najlepiej się z nimi współpracuje, że są najbardziej otwarci ze wszystkich przybyłych grup, weseli, przyjaźni. No same takie rzeczy wtedy tam opowiadali ci młodzi Włosi, a naszej trójce było bardzo słodko i dobrze na duszy.
27 kwietnia tego roku, pełna dobrych przeżyć i emocji tego cudownego dnia, trafiłam (jakiś diabeł mnie tam zaprowadził) na tekst niejakiego Kalukina z newsweeka, piszącego o sobie, że jest "niedokończonym psychologiem". Po przeczytaniu tego tekstu, który oczywiście miał traktować o naszym świętym Papieżu, pomyślałam, że Kalukin jest faktycznie niedokończony, jest brakującym ogniwem, ale na nasze nieszczęście zamiast moczyć się w formalinie w jakimś instytucie studiów nad ewolucją człowieka, publikuje swoje niedokończone przemyślenia.
Tekst pozornie traktował o Janie Pawle II, generalnie chodziło w nim o jedno: żeby nie dopuścić do tego, by Polak poczuł się przez moment dobrze jako Polak. Pisał więc Kalukin, że w Watykanie pielgrzymki z Polski to największy obciach, że są to grupy zamknięte w sobie, nienawistnie patrzące na innych, wrzeszczące i rozsiewające odór. No, ale czemu się dziwić, skoro prawie wszyscy jeśli już wyjeżdżają za granicę to tylko na pielgrzymkę do Watykanu, a potem wracają do tych swoich wioch, pod strzechę i wskakują w te swoje schodzone gumofilce, piją i biją. No i te flagi. Jak można! Tylko Polacy manifestują swój faszyzm z tymi flagami, jakby chcieli wołać "to nasz papież"
Tak tam było w tym artykule, nic nie zmyślam, ani nie przesadzam, choć nie cytuję. Kto chce, może sobie poszukać, bo ja tego gówna nie będę tu linkować.
Oczywiście Kalukin to najjaskrawszy przykład i skierowany do najbardziej tępych czytelników tygodnika neewsweek. Codziennie bowiem obserwuje się festiwal nienawiści do zwykłych ludzi zamieszkujących nasz kraj. Oczywiście w bardzo zawoalowanych formach. Zdecydowanie nasiliło się to właśnie po 27 kwietnia.
Ostatnio w polskim radiu debatowano znowu nad polskimi rodzicami, którzy oczywiście do niczego nie dorośli, ani do demokracji, ani do wychowywania dzieci. Okazuje się, że w ilości grubasów prześcignęliśmy już Amerykę. A zwłaszcza dzieci tyją w tempie ekspresowym, żrą byle co, bo rodzice nie mają świadomości i nie ćwiczą na w-f, bo rodzice wypisują im zwolnienia, pchają do ust czipsy i słodzone soki i hodują grube kaleki. Tak wygląda Polska w przekazie medialnym. Nie wiem, jak jest w reszcie Polski, ale we Wrocławiu w szkołach podstawowych (w kilku mi znanych) dzieci w klasach 1-3 zajęcia w-f mają ze swoją panią w sali, w której odbywają się pozostałe lekcje - bo szkoła przeładowana i nie ma możliwości korzystania z sali gimnastycznej. Starsze klasy mają nieco lepiej, bo czasem uda im się zdobyć salę, ale w-f dziewczyny mają z chłopakami i polega on na wygłupach i wzajemnym sobie dokuczaniu.
Moje dzieci i dzieci innych rodziców z naszej szkoły, jeżdżą na basen, jeżdżą na łyżwy, na rolki, chodzą na gimnastykę, grają w piłkę i tenisa - ale wszystko w ramach naszej pomysłowości, zapobiegliwości i za nasze pieniądze, szkoła nie organizuje dosłownie i literalnie NIC, umywa ręce od wszystkiego, dzieci są tam traktowane jako przykra konieczność. Gdybyśmy zostawili nasze dzieci szkole - która według określonych środowisk wie lepiej i lepiej umie wychować nasze dzieci - moje dzieci nie umiałyby pewnie zrobić poprawnie przysiadu.
Okazuje się, że jest źle, bo nie dorośliśmy do niczego. Na nic nie zasługujemy, jesteśmy tylko masą brudnych i złych ogrów, z którą ktoś wreszcie powinien zrobić jakiś solidniejszy i stały porządek. A czytelnictwo u nas spada, odkąd tylko wynaleziono druk. Serdecznie pozdrawiam wszystkim Polaków.
środa, 30 kwietnia 2014
"Muzycy polscy w hołdzie Janowi Pawłowi II"
Moja Mama, 70-cio letnia kobieta, bynajmniej nie wdowa, zakochała się czas jakiś temu w panu Marku Dyżewskim. Ale powiem więcej - nie jest jedyna. Prócz jego żony i mojej Mamy, pana Marka Dyżewskiego kocha cała rzesza kobiet w różnym wieku. Ja również do nich należę. Mam niezwykłą przyjemność przychodzić na jego wykłady, które odbywają się średnio raz w miesiącu i które - moim zdaniem - ratują Wrocław jako europejską stolicę kultury. Ponieważ nie ma zapewne w całej Polsce drugiego tak wybitnego człowieka muzyki i kultury.
Tu sylwetka pana Marka z Wikipedii:
Czego się nauczyłam na tych wykładach? Wielu rzeczy, a przede wszystkim nauczyłam się kochać całym sercem muzykę klasyczną, nauczyłam się jej słuchać i dostrzegać jej piękno. I zupełnie nie boję się patetyzmu obecnego w tych zdaniach, bo tak właśnie to czuję.
Inna rzecz, której się nauczyłam: dyscyplina. Wykłady pana Marka są zawsze długie, jak na dzisiejsze standardy fast. Czasem trwają 3 godziny, czasem 4, zazwyczaj z pół godzinną przerwą. Obecność na takim wykładzie to ogromna przyjemność, ale pod pewnymi warunkami: że zorganizuję sobie czas w taki sposób, żeby nie patrzeć z niepokojem na zegarek, przy drugiej godzinie wykładu. Że wyłączę telefon i nie będę czekać na żadne połączenie (jak w kinie), że będę najedzona i wyspana. A przede wszystkim nie będę wiercić się, wychodzić w trakcie do toalety czy na świeże powietrze, szeptać do sąsiada, grzebać w torebce, kichać i kaszleć. Absurdalne? Może się tak wydawać. Pan Marek bywa krytykowany za to, że drażni go osoba kaszląca. On nawet potrafi zwrócić komuś uwagę publicznie, jeśli uzna, że słuchacz zachowuje się nienależycie.
Początkowo mnie to również trochę drażniło i dziwiło, aż zobaczyłam, jak ważne jest skupienie i cisza, gdy słucha się muzyki i o muzyce. Ile więcej korzystam, ile więcej zapamiętuję. Wykład zamienia się w przeżycie. Co ciekawe, nigdy, nawet po 4 godzinach nie czułam zmęczenia. No, może czasem trochę kręgosłup mi doskwierał, ale to przez krzesła.
Jest skutek uboczny takich przeżyć. Gdy bywam na innych podobnych wydarzeniach, koncertach, odczytach, spotkaniach i wykładach, dociera do mnie, jak - jako społeczeństwo - jesteśmy niewychowani. Jak nie umiemy uszanować czyjeś pracy. Zdarzyło się, że zwracałam uwagę dzieciom, w obecności ich rodziców, na nieodpowiednie zachowanie podczas koncertów. Tak było np. na koncercie Joszka Brody z dziećmi. (zespół Dzieci z Brodą). Nawet w filharmonii wrocławskiej mam wrażenie, że dyscyplina utrzymuje się tylko dzięki temu, że czuwa nad nią kilku pracowników filharmonii równocześnie.
Po co to wszystko piszę? Żeby podzielić się tym szczęściem, jaki mamy tu we Wrocławiu dzięki panu Markowi Dyżewskiemu. I żeby każdy, kto tu do mnie zajrzy, zarezerwował sobie dwie godziny z tak zwanym hakiem na wysłuchanie rewelacyjnego wykładu wygłoszonego w przeddzień kanonizacji naszego Papieża. Wygodny fotel, duży kubek herbaty. Wystarczy, by przenieść się w inny, lepszy świat. Zobaczyć w papieżu Janie Pawle II nie tylko świętego, ale również wielkiego artystę, retora, człowieka z kultury i dla kultury. Wykład obficie inkrustowany cudowną muzyką tworzoną przez najwybitniejszych polskich muzyków dla naszego Papieża. Polecam
wtorek, 29 kwietnia 2014
Pamiętajcie o krasnalach
"Rzekł Borowy: - Bracia skrzaty!
Czarna rozpacz serce gniecie,
jakże mało krasnoludków
pozostało na tym świecie.
Giną elfy i krasnale-
nikt już o nas nie pamięta....
Las smutnieje, bajki więdną -
nędza bracia! straszna nędza!
Kto dzieciakom bajkę powie?
Kotu wąsy kto rozplecie?
Kto pomoże starym ludziom,
gdy nie będzie nas na świecie?
(...)
Wiara dziecka jest potrzebna,
by mógł krasnal się urodzić
Dzięki sile wiary, marzeń,
z dzwonka kwiatu skrzat wychodzi.
Małe dziecko, jeśli wierzy,
marzy, myśli o krasnalu,
wtedy właśnie skrzat się rodzi
w płatkach dzwonka, wśród konarów."
Na co stuletnie zebranie wszystkich krasnali z Roztocza przybywają skrzaty by się spotkać, porozmawiać, powymieniać uwagami, powspominać, pobawić się. Zauważają jednak, że z każdy kolejnym wiekiem jest ich coraz mniej, a wiek XX i frekwencja na zebraniu Pod Wielkim Dębem napawa ich prawdziwą trwogą: oto stają się gatunkiem wymierającym. Gdy dziecko przestaje wierzyć w krasnale, jeden skrzat obraca się w niebyt. Niestety kolejnych dzieci umiejących uwierzyć w leśne ludziki nie przybywa....krasnalom grozi zagłada.
Czwórka odważnych decyduje się wybrać w świat, by przywracać wiarę w skrzaty. Słomka, Łezka, Bulwa i Cichokichek żegnają się na rozstaju dróg i każdy rusza w swoją stronę, nie wiedząc, czy jeszcze kiedyś uda mu się ujrzeć krasnalowe drzewo i przyjaciół....
Lusia Ogińska napisała cykl wierszowanych opowieści pt. "Księgi roztoczańskich krasnali" i ozdobiła je swoimi akwarelowymi ilustracjami. A mój syn, gdy był jeszcze małym brzdącem dostał je od Dziadka. Odtąd wracamy do tej uroczej książeczki dosyć często, podczas wspólnego wieczornego czytania. Moje dzieci pokochały czterech głównych bohaterów, z których każdy przeżywa rozmaite przygody podczas swojej wędrówki, by oznajmiać dzieciom, że są, ze istnieją, że liczą na dziecięce czyste serduszka.
Czarna rozpacz serce gniecie,
jakże mało krasnoludków
pozostało na tym świecie.
Giną elfy i krasnale-
nikt już o nas nie pamięta....
Las smutnieje, bajki więdną -
nędza bracia! straszna nędza!
Kto dzieciakom bajkę powie?
Kotu wąsy kto rozplecie?
Kto pomoże starym ludziom,
gdy nie będzie nas na świecie?
(...)
Wiara dziecka jest potrzebna,
by mógł krasnal się urodzić
Dzięki sile wiary, marzeń,
z dzwonka kwiatu skrzat wychodzi.
Małe dziecko, jeśli wierzy,
marzy, myśli o krasnalu,
wtedy właśnie skrzat się rodzi
w płatkach dzwonka, wśród konarów."
Na co stuletnie zebranie wszystkich krasnali z Roztocza przybywają skrzaty by się spotkać, porozmawiać, powymieniać uwagami, powspominać, pobawić się. Zauważają jednak, że z każdy kolejnym wiekiem jest ich coraz mniej, a wiek XX i frekwencja na zebraniu Pod Wielkim Dębem napawa ich prawdziwą trwogą: oto stają się gatunkiem wymierającym. Gdy dziecko przestaje wierzyć w krasnale, jeden skrzat obraca się w niebyt. Niestety kolejnych dzieci umiejących uwierzyć w leśne ludziki nie przybywa....krasnalom grozi zagłada.
Czwórka odważnych decyduje się wybrać w świat, by przywracać wiarę w skrzaty. Słomka, Łezka, Bulwa i Cichokichek żegnają się na rozstaju dróg i każdy rusza w swoją stronę, nie wiedząc, czy jeszcze kiedyś uda mu się ujrzeć krasnalowe drzewo i przyjaciół....
Lusia Ogińska napisała cykl wierszowanych opowieści pt. "Księgi roztoczańskich krasnali" i ozdobiła je swoimi akwarelowymi ilustracjami. A mój syn, gdy był jeszcze małym brzdącem dostał je od Dziadka. Odtąd wracamy do tej uroczej książeczki dosyć często, podczas wspólnego wieczornego czytania. Moje dzieci pokochały czterech głównych bohaterów, z których każdy przeżywa rozmaite przygody podczas swojej wędrówki, by oznajmiać dzieciom, że są, ze istnieją, że liczą na dziecięce czyste serduszka.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


