O książeczce tej dowiedziałam się z bardzo ciekawego bloga Mamaczyta.pl (bloga polecam). Recenzja była entuzjastyczna i pod jej wpływem kupiłam prezent mojemu synowi. Książeczka przyszła do mnie bardzo szybko, pocztą. Rozpakowałam i ....pierwsze rozczarowanie: ilustracje.
Ale od początku.
Książka "Nazywam się ...Jan Paweł II" jest jedną z kilku w serii o sławnych ludziach dla dzieci, wydawnictwa Media Rodzina. Pozostałe to m.in "Nazywam się...Albert Einsten, Leonardo da Vinci, Wiliam Shakespeare, Matka Teresa z Kalkuty" i inne. Wydawnictwo Media Rodzina lubię i uważam, ze starają się trzymać wysoki poziom. Jednak ta książeczka bardzo mnie rozczarowała.
Autorem jej jest Jan W. Góra OP, ilustracje narysowała Lucyna Talejko Kwiatkowska.
Ilustracje zupełnie nie przypadły mi do gustu, rozmazane twarze bez konturów na większości z nich, albo jakieś takie dziwne....Ale powiedzmy, że jest to rzecz gustu. Natomiast tekst....Albo ja się nie znam, albo ze mną coś nie tak. ale gdy czytałam, włosy jeżyły mi się na głowie. Zdania krótkie, kojarzące się z komunikatami na różnych portalach internetowych. Takie, które określam jako niechlujne. Podam przykład:
"Byłem ich duszpasterzem, równocześnie byłem ich profesorem. Od 1954 roku prowadziłem zajęcia na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Najważniejsze, że byłem ich duszpasterzem"
Ci "oni" to młodzi podopieczni Wojtyły, którzy mówią do niego "Wujku" i jeżdżą z nim na spływy kajakowe. Ale to napisane jest całą stronę wcześniej, a właściwie tylko napomknięte, a potem tylko "ich", "oni". To zdanie o byciu "ich duszpasterzem" pojawia się zresztą kilka razy, ale niestety bez wyjaśnienia kim jest duszpasterz, jaką ma rolę etc.
W pierwszej chwili myślałam, że tekst jest napisany przez jakiegoś ghost writera a Jan Góra OP tylko go podpisał, dla dodania książce powagi. Ale weszłam na stronę zakonnika i po przeczytaniu kilku jego tekstów stwierdziłam, że jednak książeczkę tę on napisał od początku do końca, a redakcja i korekta wydawnictwa, czy to przez oszczędność czy z innych powodów, tekst przyjęła - chyba bez czytania. Ten sam styl, dosyć charakterystyczny.
Zresztą, sama nie wiem. Może innym się podoba styl sms-owej komunikacji, krótkie zdania, mieszanie czasów (raz teraźniejszy, raz przeszły), choć całość i zamysł moim zdaniem tego nie wymaga.
Mój Tymon książeczkę przeczytał w 1 dzień, co nie jest trudne, bo bardziej przypomina to broszurkę niż książkę, ale tu - powiedzmy - taki był zamysł wydawcy odnośnie tej serii. Tymon stwierdził, że "nawet niezła", ale ja jestem zdania, że właśnie "zła". Uważam, że dziś brakuje dzieciom wzorca pięknego języka. Czasem słyszę dialogi bohaterów kinowych kreskówek i mam prawie stan przedzawałowy z tego powodu. A dzieci to oglądają, słuchają i powtarzają. Maile, sms-y, to wszystko nie wymaga żadnych umiejętności poza podstawowym składaniem liter w słowo.
Niechlujstwo, prymitywizm, bieda - to charakteryzuje moim zdaniem dzisiejszy język, którym posługują się dzieci, młodzież i wielu dorosłych. A ta książka wpisuje się w ten trend nędzy literackiej. Nie widzę żadnych zalet tej lektury. Wszyscy powtarzają, że nie jest łatwo pisać o Janie Pawle II dla dzieci, a ja nie rozumiem, o co chodzi. A co w tym trudnego? Jak wam tak trudno, to nie piszcie. Niech robi to ktoś, dla kogo nie jest to karą lub zleceniem ratującym budżet domowy. Jestem pewna, że można pisać o naszym Papieżu pięknie i dla dorosłych i dla dzieci.
Tej pozycji zdecydowanie nie polecam.
"Dwie chwile ważne są w życiu każdego: ta kiedy się urodził, oraz ta kiedy dowie się po co żyje." Mark Twain.
środa, 28 maja 2014
wtorek, 27 maja 2014
Jestem mamą, to moja kariera
Wprawdzie dzień po, ale mam usprawiedliwienie. Lekarz, praca, a potem świętowanie Dnia Matki, tak wyglądał mój wczorajszy dzień. Od Natalki dostałam śliczną podstawkę pod kubek, z życzeniami na rewersie, a Tymon zrobił dla mnie cudną laurkę i pięknymi życzeniami, w których napisał, że jestem najpiękniejsza, najkochańsza i najlepiej gotuję:)
Po południu pojechaliśmy na koncert do szkoły muzycznej, Tymon grał dwa utwory, dla mamy i wyszło mu bardzo dobrze.
A dziś jeszcze przeżywam dzień wczorajszy i słucham piosenki, którą tak polubiłam.
Z dedykacją dla wszystkich MAM:)
Po południu pojechaliśmy na koncert do szkoły muzycznej, Tymon grał dwa utwory, dla mamy i wyszło mu bardzo dobrze.
A dziś jeszcze przeżywam dzień wczorajszy i słucham piosenki, którą tak polubiłam.
Z dedykacją dla wszystkich MAM:)
piątek, 9 maja 2014
Polskie, grube dzieci
.....czyli za pysk i do ziemi....
W 2000 roku w sierpniu odbył się w Rzymie Wielki Jubileusz Młodych. Na spotkanie z Papieżem przybyło ok 3 mln osób z całego świata. W tym samym czasie podróżowałam z przyjaciółmi po Włoszech autostopem, w nieco innych celach niż pielgrzymowanie do Watykanu, ale pamiętam, że gdzie się nie pojawiliśmy, tam witano nas i traktowano bardzo sympatycznie i z wielkim szacunkiem - tak właśnie, z szacunkiem, choć wyglądaliśmy jak brudni włóczędzy. Patrzyli na nas różni Włosi, z różnych części swojego kraju i mówili: Polaki, Polaki, bardzo was tu lubimy. Każdy kierowca, który się nam zatrzymywał, pytał: skąd jesteście?, na co my, że z Polski, a on na to "aaaa, Wojtyła!"
Do Rzymu w tym czasie jubileuszu udało nam się trafić, ale na sam koniec uroczystości. Byliśmy wówczas w takim wieku i takim stanie ducha, że zupełnie nam na tym nie zależało. Ale zdarzyło się w wyniku splotu różnych przedziwnych sytuacji, że pewnego wieczoru wylądowaliśmy na pojubileuszowym spotkaniu włoskich wolontariuszy pracujących przy obsłudze tych dni w Watykanie. Było to spotkanie dla mnie przynajmniej, wyjątkowe i pouczające. Wolontariusze opowiadali sobie o minionych dniach, o wrażeniach ze spotkania z całym światem. Zdecydowana większość wolontariuszy to byli oczywiście Włosi, ale zaplątały się wśród nich dwie polskie młode siostry z nowicjatu. One były dla nas tłumaczkami na tym spotkaniu. I tam usłyszeliśmy piękne rzeczy o Polsce i naszych rodakach - że najlepiej się z nimi współpracuje, że są najbardziej otwarci ze wszystkich przybyłych grup, weseli, przyjaźni. No same takie rzeczy wtedy tam opowiadali ci młodzi Włosi, a naszej trójce było bardzo słodko i dobrze na duszy.
27 kwietnia tego roku, pełna dobrych przeżyć i emocji tego cudownego dnia, trafiłam (jakiś diabeł mnie tam zaprowadził) na tekst niejakiego Kalukina z newsweeka, piszącego o sobie, że jest "niedokończonym psychologiem". Po przeczytaniu tego tekstu, który oczywiście miał traktować o naszym świętym Papieżu, pomyślałam, że Kalukin jest faktycznie niedokończony, jest brakującym ogniwem, ale na nasze nieszczęście zamiast moczyć się w formalinie w jakimś instytucie studiów nad ewolucją człowieka, publikuje swoje niedokończone przemyślenia.
Tekst pozornie traktował o Janie Pawle II, generalnie chodziło w nim o jedno: żeby nie dopuścić do tego, by Polak poczuł się przez moment dobrze jako Polak. Pisał więc Kalukin, że w Watykanie pielgrzymki z Polski to największy obciach, że są to grupy zamknięte w sobie, nienawistnie patrzące na innych, wrzeszczące i rozsiewające odór. No, ale czemu się dziwić, skoro prawie wszyscy jeśli już wyjeżdżają za granicę to tylko na pielgrzymkę do Watykanu, a potem wracają do tych swoich wioch, pod strzechę i wskakują w te swoje schodzone gumofilce, piją i biją. No i te flagi. Jak można! Tylko Polacy manifestują swój faszyzm z tymi flagami, jakby chcieli wołać "to nasz papież"
Tak tam było w tym artykule, nic nie zmyślam, ani nie przesadzam, choć nie cytuję. Kto chce, może sobie poszukać, bo ja tego gówna nie będę tu linkować.
Oczywiście Kalukin to najjaskrawszy przykład i skierowany do najbardziej tępych czytelników tygodnika neewsweek. Codziennie bowiem obserwuje się festiwal nienawiści do zwykłych ludzi zamieszkujących nasz kraj. Oczywiście w bardzo zawoalowanych formach. Zdecydowanie nasiliło się to właśnie po 27 kwietnia.
Ostatnio w polskim radiu debatowano znowu nad polskimi rodzicami, którzy oczywiście do niczego nie dorośli, ani do demokracji, ani do wychowywania dzieci. Okazuje się, że w ilości grubasów prześcignęliśmy już Amerykę. A zwłaszcza dzieci tyją w tempie ekspresowym, żrą byle co, bo rodzice nie mają świadomości i nie ćwiczą na w-f, bo rodzice wypisują im zwolnienia, pchają do ust czipsy i słodzone soki i hodują grube kaleki. Tak wygląda Polska w przekazie medialnym. Nie wiem, jak jest w reszcie Polski, ale we Wrocławiu w szkołach podstawowych (w kilku mi znanych) dzieci w klasach 1-3 zajęcia w-f mają ze swoją panią w sali, w której odbywają się pozostałe lekcje - bo szkoła przeładowana i nie ma możliwości korzystania z sali gimnastycznej. Starsze klasy mają nieco lepiej, bo czasem uda im się zdobyć salę, ale w-f dziewczyny mają z chłopakami i polega on na wygłupach i wzajemnym sobie dokuczaniu.
Moje dzieci i dzieci innych rodziców z naszej szkoły, jeżdżą na basen, jeżdżą na łyżwy, na rolki, chodzą na gimnastykę, grają w piłkę i tenisa - ale wszystko w ramach naszej pomysłowości, zapobiegliwości i za nasze pieniądze, szkoła nie organizuje dosłownie i literalnie NIC, umywa ręce od wszystkiego, dzieci są tam traktowane jako przykra konieczność. Gdybyśmy zostawili nasze dzieci szkole - która według określonych środowisk wie lepiej i lepiej umie wychować nasze dzieci - moje dzieci nie umiałyby pewnie zrobić poprawnie przysiadu.
Okazuje się, że jest źle, bo nie dorośliśmy do niczego. Na nic nie zasługujemy, jesteśmy tylko masą brudnych i złych ogrów, z którą ktoś wreszcie powinien zrobić jakiś solidniejszy i stały porządek. A czytelnictwo u nas spada, odkąd tylko wynaleziono druk. Serdecznie pozdrawiam wszystkim Polaków.
środa, 30 kwietnia 2014
"Muzycy polscy w hołdzie Janowi Pawłowi II"
Moja Mama, 70-cio letnia kobieta, bynajmniej nie wdowa, zakochała się czas jakiś temu w panu Marku Dyżewskim. Ale powiem więcej - nie jest jedyna. Prócz jego żony i mojej Mamy, pana Marka Dyżewskiego kocha cała rzesza kobiet w różnym wieku. Ja również do nich należę. Mam niezwykłą przyjemność przychodzić na jego wykłady, które odbywają się średnio raz w miesiącu i które - moim zdaniem - ratują Wrocław jako europejską stolicę kultury. Ponieważ nie ma zapewne w całej Polsce drugiego tak wybitnego człowieka muzyki i kultury.
Tu sylwetka pana Marka z Wikipedii:
Czego się nauczyłam na tych wykładach? Wielu rzeczy, a przede wszystkim nauczyłam się kochać całym sercem muzykę klasyczną, nauczyłam się jej słuchać i dostrzegać jej piękno. I zupełnie nie boję się patetyzmu obecnego w tych zdaniach, bo tak właśnie to czuję.
Inna rzecz, której się nauczyłam: dyscyplina. Wykłady pana Marka są zawsze długie, jak na dzisiejsze standardy fast. Czasem trwają 3 godziny, czasem 4, zazwyczaj z pół godzinną przerwą. Obecność na takim wykładzie to ogromna przyjemność, ale pod pewnymi warunkami: że zorganizuję sobie czas w taki sposób, żeby nie patrzeć z niepokojem na zegarek, przy drugiej godzinie wykładu. Że wyłączę telefon i nie będę czekać na żadne połączenie (jak w kinie), że będę najedzona i wyspana. A przede wszystkim nie będę wiercić się, wychodzić w trakcie do toalety czy na świeże powietrze, szeptać do sąsiada, grzebać w torebce, kichać i kaszleć. Absurdalne? Może się tak wydawać. Pan Marek bywa krytykowany za to, że drażni go osoba kaszląca. On nawet potrafi zwrócić komuś uwagę publicznie, jeśli uzna, że słuchacz zachowuje się nienależycie.
Początkowo mnie to również trochę drażniło i dziwiło, aż zobaczyłam, jak ważne jest skupienie i cisza, gdy słucha się muzyki i o muzyce. Ile więcej korzystam, ile więcej zapamiętuję. Wykład zamienia się w przeżycie. Co ciekawe, nigdy, nawet po 4 godzinach nie czułam zmęczenia. No, może czasem trochę kręgosłup mi doskwierał, ale to przez krzesła.
Jest skutek uboczny takich przeżyć. Gdy bywam na innych podobnych wydarzeniach, koncertach, odczytach, spotkaniach i wykładach, dociera do mnie, jak - jako społeczeństwo - jesteśmy niewychowani. Jak nie umiemy uszanować czyjeś pracy. Zdarzyło się, że zwracałam uwagę dzieciom, w obecności ich rodziców, na nieodpowiednie zachowanie podczas koncertów. Tak było np. na koncercie Joszka Brody z dziećmi. (zespół Dzieci z Brodą). Nawet w filharmonii wrocławskiej mam wrażenie, że dyscyplina utrzymuje się tylko dzięki temu, że czuwa nad nią kilku pracowników filharmonii równocześnie.
Po co to wszystko piszę? Żeby podzielić się tym szczęściem, jaki mamy tu we Wrocławiu dzięki panu Markowi Dyżewskiemu. I żeby każdy, kto tu do mnie zajrzy, zarezerwował sobie dwie godziny z tak zwanym hakiem na wysłuchanie rewelacyjnego wykładu wygłoszonego w przeddzień kanonizacji naszego Papieża. Wygodny fotel, duży kubek herbaty. Wystarczy, by przenieść się w inny, lepszy świat. Zobaczyć w papieżu Janie Pawle II nie tylko świętego, ale również wielkiego artystę, retora, człowieka z kultury i dla kultury. Wykład obficie inkrustowany cudowną muzyką tworzoną przez najwybitniejszych polskich muzyków dla naszego Papieża. Polecam
wtorek, 29 kwietnia 2014
Pamiętajcie o krasnalach
"Rzekł Borowy: - Bracia skrzaty!
Czarna rozpacz serce gniecie,
jakże mało krasnoludków
pozostało na tym świecie.
Giną elfy i krasnale-
nikt już o nas nie pamięta....
Las smutnieje, bajki więdną -
nędza bracia! straszna nędza!
Kto dzieciakom bajkę powie?
Kotu wąsy kto rozplecie?
Kto pomoże starym ludziom,
gdy nie będzie nas na świecie?
(...)
Wiara dziecka jest potrzebna,
by mógł krasnal się urodzić
Dzięki sile wiary, marzeń,
z dzwonka kwiatu skrzat wychodzi.
Małe dziecko, jeśli wierzy,
marzy, myśli o krasnalu,
wtedy właśnie skrzat się rodzi
w płatkach dzwonka, wśród konarów."
Na co stuletnie zebranie wszystkich krasnali z Roztocza przybywają skrzaty by się spotkać, porozmawiać, powymieniać uwagami, powspominać, pobawić się. Zauważają jednak, że z każdy kolejnym wiekiem jest ich coraz mniej, a wiek XX i frekwencja na zebraniu Pod Wielkim Dębem napawa ich prawdziwą trwogą: oto stają się gatunkiem wymierającym. Gdy dziecko przestaje wierzyć w krasnale, jeden skrzat obraca się w niebyt. Niestety kolejnych dzieci umiejących uwierzyć w leśne ludziki nie przybywa....krasnalom grozi zagłada.
Czwórka odważnych decyduje się wybrać w świat, by przywracać wiarę w skrzaty. Słomka, Łezka, Bulwa i Cichokichek żegnają się na rozstaju dróg i każdy rusza w swoją stronę, nie wiedząc, czy jeszcze kiedyś uda mu się ujrzeć krasnalowe drzewo i przyjaciół....
Lusia Ogińska napisała cykl wierszowanych opowieści pt. "Księgi roztoczańskich krasnali" i ozdobiła je swoimi akwarelowymi ilustracjami. A mój syn, gdy był jeszcze małym brzdącem dostał je od Dziadka. Odtąd wracamy do tej uroczej książeczki dosyć często, podczas wspólnego wieczornego czytania. Moje dzieci pokochały czterech głównych bohaterów, z których każdy przeżywa rozmaite przygody podczas swojej wędrówki, by oznajmiać dzieciom, że są, ze istnieją, że liczą na dziecięce czyste serduszka.
Czarna rozpacz serce gniecie,
jakże mało krasnoludków
pozostało na tym świecie.
Giną elfy i krasnale-
nikt już o nas nie pamięta....
Las smutnieje, bajki więdną -
nędza bracia! straszna nędza!
Kto dzieciakom bajkę powie?
Kotu wąsy kto rozplecie?
Kto pomoże starym ludziom,
gdy nie będzie nas na świecie?
(...)
Wiara dziecka jest potrzebna,
by mógł krasnal się urodzić
Dzięki sile wiary, marzeń,
z dzwonka kwiatu skrzat wychodzi.
Małe dziecko, jeśli wierzy,
marzy, myśli o krasnalu,
wtedy właśnie skrzat się rodzi
w płatkach dzwonka, wśród konarów."
Na co stuletnie zebranie wszystkich krasnali z Roztocza przybywają skrzaty by się spotkać, porozmawiać, powymieniać uwagami, powspominać, pobawić się. Zauważają jednak, że z każdy kolejnym wiekiem jest ich coraz mniej, a wiek XX i frekwencja na zebraniu Pod Wielkim Dębem napawa ich prawdziwą trwogą: oto stają się gatunkiem wymierającym. Gdy dziecko przestaje wierzyć w krasnale, jeden skrzat obraca się w niebyt. Niestety kolejnych dzieci umiejących uwierzyć w leśne ludziki nie przybywa....krasnalom grozi zagłada.
Czwórka odważnych decyduje się wybrać w świat, by przywracać wiarę w skrzaty. Słomka, Łezka, Bulwa i Cichokichek żegnają się na rozstaju dróg i każdy rusza w swoją stronę, nie wiedząc, czy jeszcze kiedyś uda mu się ujrzeć krasnalowe drzewo i przyjaciół....
Lusia Ogińska napisała cykl wierszowanych opowieści pt. "Księgi roztoczańskich krasnali" i ozdobiła je swoimi akwarelowymi ilustracjami. A mój syn, gdy był jeszcze małym brzdącem dostał je od Dziadka. Odtąd wracamy do tej uroczej książeczki dosyć często, podczas wspólnego wieczornego czytania. Moje dzieci pokochały czterech głównych bohaterów, z których każdy przeżywa rozmaite przygody podczas swojej wędrówki, by oznajmiać dzieciom, że są, ze istnieją, że liczą na dziecięce czyste serduszka.
wtorek, 15 kwietnia 2014
Seria z krzyżykiem
Tanio, wygodnie, miło i ciekawie. Mój ulubiony przepis na udane popołudnie lub wieczór. Do tego opisu pasuje jak ulał seria wydawnicza Frondy - z krzyżykiem.
poniedziałek, 14 kwietnia 2014
Na Wielki Tydzień
Jak co roku, Filharmonia Wrocławska w Wielką Środę, poprzedzającą Triduum Paschalne zachęca do wielkotygodniowej zadumy, przy muzyce jednej z Pasji bachowskich. W tym roku będzie to Pasja wg Św. Jana.
Można powiedzieć, że Wielki Tydzień to międzynarodowy festiwal muzyki pasyjnej. Dziś cały dzień w II programie PR możemy słuchać tradycyjnej muzyki różnych stron świata komponowanej na okoliczność Niedzieli Palmowej.
A ja, odkąd zaczęłam prowadzić bloga poświęconego głównie książkom, zauważyłam, że czy piszę o muzyce, czy o dzieciach, czy nawet o polityce, wszystko sprowadza się do polecenia jakiejś książki, do polemiki z inną, recenzji następnej, konieczności zakupienia jakiejś nowej pozycji etc.... I tak tuż przed Wielkim Tygodniem skończyłam czytanie wywiadów z kompozytorami, które przeprowadziła Agnieszka Lewandowska - Kąkol, a którą zatytułowała "Dźwięki, szepty, zgrzyty" (wyd. Fronda 2012). Znajdziemy tam zapis rozmów z takimi indywidualnościami jak Jerzy Maksymiuk, Elżbieta Sikora, Krzesimir Dębski Paweł Mykietyn i wielu innych.
Moją największą sympatię wzbudziła Bernadetta Matuszczak i Michał Lorenc. Pani Bernadetta Matuszczak wydała mi się taką stuprocentową kobietą, pełną rozterek emocjonalnych, problemów z wyborem drogi życiowej, a jednak tak nietuzinkową, szalenie sympatyczną osobą.
Natomiast Michała Lorenca znam odkąd usłyszałam muzykę do filmu "Bandyta". "Znam" to oczywiście znaczy, że bardzo dobrze kojarzę jego nazwisko i oglądam filmy, do których on pisał muzykę. A jednak dopiero w tej książce znalazłam więcej informacji na jego temat, bo przekazanych bezpośrednio od niego. Wprawdzie bardzo mnie zdenerwował swoimi wywodami, jak to nas dzieli przepaść między chociażby Anglikami, bo oni potrafią świetnie się bawić na koncertach muzyki symfonicznej a u nas sztywny kołnierz. Pan Michał miesza moim zdaniem dwie zupełnie inne sprawy. Mówi, że nie ma w Polsce zupełnie promocji muzyki, a muzyki filmowej w szczególności, a na przykład w Hyde Parku puszczają muzykę Elgara i 2 miliony osób przychodzi tam posłuchać. A u nas między innymi u Moniuszki są fantastyczne tematy, nie odbiegające od światowej czołówki, a nikt nie wyobraża sobie zagrania ich na stadionie narodowym.
No więc panie Michale, ja się pytam - to jest wina tak zwanych zwykłych ludzi, czy może jakichś decydentów? Skąd ta pewność, że nikt nie poszedłby posłuchać muzyki na stadion narodowy?
Owszem, jest teraz tak, że w Polsce spędza się ludzi na stadiony na piłkę nożną, a na wydarzenia kulturalne nie. Sama pisałam o tym, jak w pierwszą niedzielę Wielkiego Postu ja jechałam do pustej niemal filharmonii, mijając po drodze tłumy śpieszące na mecz....W mieście festiwalu Vratislavia Cantans, festiwalu Musica Polonica Nova , Jazz nad Odrą....
Jakie elity, takie społeczeństwo. Ja nie zrzucałabym wszystkiego na ludzi. Ludzi w większości zupełnie bezbronnych i bezradnych.
Błądząc z sentymentem po sieci, przygotowując się - również muzycznie - do przeżycia Wielkiego Tygodnia, trafiłam na to nagranie. Michał Lorenc i sopran Olgi Szyrowej.
Jeśli nie macie czasu, to chociaż to.
Można powiedzieć, że Wielki Tydzień to międzynarodowy festiwal muzyki pasyjnej. Dziś cały dzień w II programie PR możemy słuchać tradycyjnej muzyki różnych stron świata komponowanej na okoliczność Niedzieli Palmowej.
A ja, odkąd zaczęłam prowadzić bloga poświęconego głównie książkom, zauważyłam, że czy piszę o muzyce, czy o dzieciach, czy nawet o polityce, wszystko sprowadza się do polecenia jakiejś książki, do polemiki z inną, recenzji następnej, konieczności zakupienia jakiejś nowej pozycji etc.... I tak tuż przed Wielkim Tygodniem skończyłam czytanie wywiadów z kompozytorami, które przeprowadziła Agnieszka Lewandowska - Kąkol, a którą zatytułowała "Dźwięki, szepty, zgrzyty" (wyd. Fronda 2012). Znajdziemy tam zapis rozmów z takimi indywidualnościami jak Jerzy Maksymiuk, Elżbieta Sikora, Krzesimir Dębski Paweł Mykietyn i wielu innych.
Moją największą sympatię wzbudziła Bernadetta Matuszczak i Michał Lorenc. Pani Bernadetta Matuszczak wydała mi się taką stuprocentową kobietą, pełną rozterek emocjonalnych, problemów z wyborem drogi życiowej, a jednak tak nietuzinkową, szalenie sympatyczną osobą.
Natomiast Michała Lorenca znam odkąd usłyszałam muzykę do filmu "Bandyta". "Znam" to oczywiście znaczy, że bardzo dobrze kojarzę jego nazwisko i oglądam filmy, do których on pisał muzykę. A jednak dopiero w tej książce znalazłam więcej informacji na jego temat, bo przekazanych bezpośrednio od niego. Wprawdzie bardzo mnie zdenerwował swoimi wywodami, jak to nas dzieli przepaść między chociażby Anglikami, bo oni potrafią świetnie się bawić na koncertach muzyki symfonicznej a u nas sztywny kołnierz. Pan Michał miesza moim zdaniem dwie zupełnie inne sprawy. Mówi, że nie ma w Polsce zupełnie promocji muzyki, a muzyki filmowej w szczególności, a na przykład w Hyde Parku puszczają muzykę Elgara i 2 miliony osób przychodzi tam posłuchać. A u nas między innymi u Moniuszki są fantastyczne tematy, nie odbiegające od światowej czołówki, a nikt nie wyobraża sobie zagrania ich na stadionie narodowym.
No więc panie Michale, ja się pytam - to jest wina tak zwanych zwykłych ludzi, czy może jakichś decydentów? Skąd ta pewność, że nikt nie poszedłby posłuchać muzyki na stadion narodowy?
Owszem, jest teraz tak, że w Polsce spędza się ludzi na stadiony na piłkę nożną, a na wydarzenia kulturalne nie. Sama pisałam o tym, jak w pierwszą niedzielę Wielkiego Postu ja jechałam do pustej niemal filharmonii, mijając po drodze tłumy śpieszące na mecz....W mieście festiwalu Vratislavia Cantans, festiwalu Musica Polonica Nova , Jazz nad Odrą....
Jakie elity, takie społeczeństwo. Ja nie zrzucałabym wszystkiego na ludzi. Ludzi w większości zupełnie bezbronnych i bezradnych.
Błądząc z sentymentem po sieci, przygotowując się - również muzycznie - do przeżycia Wielkiego Tygodnia, trafiłam na to nagranie. Michał Lorenc i sopran Olgi Szyrowej.
Jeśli nie macie czasu, to chociaż to.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


