środa, 13 kwietnia 2016

Dotknij Boga, nie bój się ludzi

Trwa właśnie tydzień biblijny, a jutro kulminacja obchodów 1050 rocznicy chrztu Polski. Pomyślałam sobie, że jest to dobry moment na napisanie kilku słów o książce, która zrobiła na mnie duże wrażenie, jest mi bliska i polecam ją każdemu.

Kilka lat temu miałam taki ambitny pomysł opisania na blogu swoich przygód z czasów, gdy jeździłam autostopem po Europie, nie miałam komórki, pieniędzy, zmartwień ani stresów. Byłam chyba najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi, co nie znaczy, że teraz nim nie jestem. Jestem, ale wówczas szczęście moje to była beztroska i totalny brak zamartwiania się, a nawet zastanawiania się nad przyszłością. Nie opisałam tego i już chyba tego nie zrobię, bo nie ma po co. Lepiej zrobił to ktoś inny. Ograniczę się teraz jedynie do jednego wspomnienia.

To wszystko działo się już 16 lat temu, gdy studiowałam i z przyjaciółmi uznaliśmy w pewnym momencie, że perspektywa akademika nam już nie wystarcza, trzeba rozejrzeć się po szerokim świecie. Był to czas, kiedy usilnie próbowano robić z nas marksistów, ateistą i wierzącym każdy z nas był równocześnie w zależności od nastroju chwili, każdy z nas uważał się za alfę i omegę, tak ogólnie. A gdy wylądowaliśmy w jakimś małym miasteczku na południu Europy, bez znajomości języka tubylców, z marnym groszem w kieszeni, kiszonym na później, by wystarczyło jak najdłużej, pierwsze swoje kroki kierowaliśmy do najbliższego kościoła katolickiego. Czemu? Nasze myślenie szło tym torem: jesteśmy Polakami, a więc wszyscy wiedzą, że katolikami, logiczne więc, że pomogą swoim. 
I tak było. Zawsze spotykała nas pomoc, życzliwość. Na setki przypadków, kiedy mniej lub bardziej potrzebowaliśmy wsparcia i pomocy, nie wydarzyło się nigdy nic złego, nikt nas nie próbował skrzywdzić, albo co tam jeszcze. A wręcz przeciwnie.

Podam przykład, jeden, a mam ich cały wielki worek. Siedzimy sobie na krawężniku, pod sklepem w miejscowości Casino, jemy późne śniadanie złożone z bułki i jogurtu. Jest tak gorąco, że nie mamy siły zastanawiać się, jak dostaniemy się na Monte, malujące się przed naszymi oczami. Nie chce nam się nawet rozmawiać, jeszcześmy się dobrze nie obudzili. I podjeżdża na starym skuterku jakiś pan, woła do nas coś w stylu: "Polaki, Polaki, Monte Casino, andjamo..."
Z początku myślimy "wariat", ale grzecznie staramy się odpowiedzieć, że tak, jesteśmy Polakami, chcemy dostać sie na Monte Casino. Wtedy znowu on coś odpowiada i odjeżdża, wzruszamy ramionami, a za kilka minut ten człowiek jest znowu obok nas, ale siedzi tym razem w rozklekotanym, starym fiaciku i zaprasza nas do środka.
Pojechaliśmy z nim i dzięki temu dostaliśmy się na wzgórze, zwiedziliśmy cmentarz polskich żołnierzy, klasztor, zjedliśmy obiad (ufundowany przez naszego nowego znajomego). A wieczorem wylądowaliśmy na campingu (co było wyjątkowe, bo campingi były dla nas za drogie). Ale nasz przyjaciel zapłacił za ten nocleg, przyszedł jeszcze życzyć nam spokojnej nocy i wrócił do swoich spraw. Noc była całkowicie niespokojna, spędziliśmy ją w dużej części w innej miejscowości, której nazwy nie pamiętam, na plaży z bieluteńkim piaskiem, pijąc wino i objadając się lodami. Ponieważ w namiocie obok na campingu w Casino mieszkał siwy pan, który, gdy usłyszał język polski, wzruszył się, bo jak mówił, pracował kiedyś jako inżynier w Tychach, uwielbia Polaków za ich otwartość i katolickość. Więc postanowił umilić nam pobyt i zaproponował tournee po okolicy z atrakcjami.

Jak pisałam wcześniej, to jeden z całego mnóstwa przykładów bezinteresownej czyjejś życzliwości i zainteresowania. Spotkaliśmy na swojej drodze autostopowicza tylu różnych ludzi, którzy po prostu byli ludźmi i nas potraktowali też jak ludzi. Nic więcej.


Po latach znajduję w księgarni książkę pt. "Dotknij Boga". Nazwisko autora widzę po raz pierwszy. Patryk Świątkowski prowadzi bloga "Paragon z podróży", część swoich przygód  wydał drukiem.

Te przygody są o tyle ciekawe i inne niż większość tego typu opowieści, ponieważ Patryk wyrusza w podróż autostopem bez złamanego grosza w sensie dosłownym, bez karty kredytowej. Staje na drodze i czeka, co przyniesie los. Ale celem jego podróży są zgromadzenia duchowne, zakonne, te najuboższe, które żyją z tego, co dostaną z łaski Pana, pracują w cichości, wykonując często pracę, której nikt inny się nie podejmie, wolny czas spędzają na modlitwie i adoracji. I nigdy nie usłyszysz o nich w mediach. Może nawet nie chciał byś usłyszeć. Patryk zatrzymuje się w różnych takich wspólnotach, pracuje z nimi, modli się i z każdym dniem doświadcza coraz większej łaski.

Książka nosi podtytuł "W poszukiwaniu ludzi, którym pozostało tylko szczęście". Autor dzięki tym spotkanym ludziom naprawdę dotyka Boga. Ponieważ człowiek został przecież stworzony na Jego  obraz i podobieństwo, i najłatwiej zobaczyć i dotknąć Go tam, gdzie nie jet przysypany zgiełkiem, blichtrem, przepychem. 

Książka Patryka Świątka jest wyjątkowa. Ale nie wyjątkowa, bo napisana z jakąś literacką swadą czy brawurą. Ale dlatego, że pozwala przypomnieć sobie rzeczy oczywiste, o których nie wiemy lub nie chcemy pamiętać. Bo świat i szum wokół nas chce nam wmówić coś zupełnie odwrotnego, że człowiek jest z natury zły i słaby, zorientowany jedynie na swoje egoistyczne potrzeby, realizowane za wszelką cenę. To faktycznie jest prawda, gdy zamykamy się w domu i włączymy telewizor czy inny Internet. Ale przestaje być prawdą, staje się oszustwem, szkodliwym i tragicznym, jak każde kłamstwo, w chwili, gdy zdobywamy się na odwagę życia dla ludzi i wśród ludzi.
Tej odwagi życzę wszystkim z okazji rocznicy. I nie tylko.



niedziela, 3 stycznia 2016

Święto Trzech Króli

Zanim po raz kolejny 6 stycznia upiekę Galette des Rois*, chciałabym opowiedzieć o książce, która w ubiegłym roku wywarła na mnie ogromne wrażenie.

Zacznę jednak od święta Trzech Króli. Święta, którego nie rozumiałam, aż do niedawna, kiedy w 2010 roku prezydent RP, B. Komorowski podpisał ustawę czyniącą dzień tego święta dniem wolnym od pracy. Tak, tak, niby nic, kolejny wolny dzień, a dla mnie stało się to niemal, nomen omen, objawieniem. Zrozumiałam wagę tego święta, jego głębię poznaję nadal z rosnącą fascynacją.
Pisałam kiedyś o lekturze "Homilii na Ewangelię dzieciństwa" Ryszarda Przybylskiego, która to książka pierwsza otworzyła mi oczy.
W ubiegłym roku przeczytałam książkę Michela Tourniera pt. "Kacper, Melchior i Baltazar".
Po jego mrocznym "Królu Olch" i głębokich opowiadaniach w zbiorze "Parking Konwalia", nie wiedziałam, czego się spodziewać. Szybko zatopiłam się w tej książce bez pamięci.

To opowieść o 4 królach (tak, o czterech), którzy wyruszają ze swoich wygodnych i dostatnich siedzib, gnani potrzebą wyjaśnienia tajemnicy...... życia? ludzkiego losu, przeznaczenia? Gnani niepokojem, ciekawością, żądzą poznania. Każdy z nich ma swoją historię, swój ból, swój los. I ten czwarty król, Taor. O nim nie wspomina Ewangelia. On dociera do Tajemnicy Wcielonej 33 lata później, gdy sponiewierany pracą w kopalni soli (skazał się na nią dobrowolnie, za innego człowieka) dociera do Wieczernika, już pustego, w którym pozostały jednak okruchy chleba, który kilka chwil wcześniej Chrystus zamienił w swoje Ciało....

Warto sięgnąć po tę książkę, nie tylko z okazji święta.
Jak zwykle jednak - jeśli chodzi o książki opisywane przez mnie na blogu - w księgarni jej nikt nie dostanie. Ja wygrzebałam ją w czeluściach antykwariatu przy ul. Szewskiej. Można ją kupić na allegro. Zachęcam.
 
 
 
 
 
 
 
 
*Galette des Rois to francuski zwyczaj, jeszcze z epoki przedrewolucyjnej. Poznałam go dokładnie w szkole językowej podczas kursu francuskiego i przyniosłam do domu. Lubimy tak się bawić, niebawem napiszę o tym więcej.

sobota, 2 stycznia 2016

Czas

Na jednym z moich ulubionych blogów (może nawet najbardziej ulubionym), którego Autorki nie znam, ale której sporo zawdzięczam, dzięki temu, że jest regularnie obecna, że mogę czytać jej przemyślenia, piękne jak poezja, przeczytałam dziś to:

"Przed nami leży czas jak wielki niepokalany obrus. Cały rok. Cały zwój materii z najlepszej przędzy, o splocie tak niespotykanym jak antyczne tkaniny, drogocenny i rzadki jak bisior. Dar darmowy i niedoceniony.
Co z nim zrobimy zależy tylko od nas. Możemy odciąć kawałki i rozdać innym. Jeden z najpiękniejszych darów – po prostu czas. Część zostawmy sobie i Bogu.
Ale możemy go też podeptać, podrzeć na bezużyteczne strzępy, wytrzeć w niego brudne buty, sprzedać za marne błyskotki.
Biały obrus czasu na stole naszego życia."

http://ruttka.blox.pl/html


Czas dany innym....

Znam 80 - letnią kobietę, wspaniałą,  wykształconą, niesamowicie inteligentną osobę, która kilka lat temu zorientowała się, że pomyliła się, uważając, że to praca i samorealizacja w ukochanej pracy to esencja życia człowieka. Że tym sensem życia jest miłość. A miłość to przede wszystkim czas poświęcony innej osobie/osobom. Ta pomyłka to błąd nieodwracalny, a groza tej nieodwracalności jest straszna.
Z okazji zmiany cyfry w kalendarzu w internecie można znaleźć mnóstwo memów, życzeń, wróżb na Nowy Rok. Moją uwagę przykuło zdanie (niestety nie pamiętam autora): "Jest później niż myślisz"

Wiele można w życiu naprawić, ale czy jest możliwe odzyskanie straconego czasu?

Od wielu już lat, tuż przed świętami, dominuje w mediach temat spędzania Wigilii i Bożego Narodzenia z rodziną. Gdyby wierzyć popularnej narracji, okazałoby się, że dla większości Polaków spędzanie świątecznych chwil z rodziną to katorga, sztuczny przymus, znienawidzony konwenans. I mamy wysyp porad psychologów, którzy doradzają, jak ten rytualny koszmar zamienić w przyjemność, czyli jak ładnie powiedzieć rodzinie, że mamy ją w doopie, wolimy się wyspać, iść do knajpy, niż patrzeć na ich zakazane gęby. Słyszałam porady, jak to nie powinno się "rezygnować z siebie" (co to, do cholery, znaczy?!), umieć być asertywnym, jak powinno się po pracowitych miesiącach mieć prawo do spokojnego (czytaj: samotnego) wypadu na Majorkę i jak wytłumaczyć to naszym zaściankowym rodzinom, żeby babcia nie poczuła się nadto urażona.
Nie słyszałam ani jednej psychologicznej pogadanki o tym, że jeśli masz problem z tym, żeby raz na rok podarować czas swojej rodzinie, to może powinieneś/powinnaś zastanowić się nad sobą. Nie słyszałam, by jakiś psycholog sugerował, że ważne są również uczucia innych, że może są na tym świecie ludzie, którzy cieszą się z naszego towarzystwa, tęsknią za nim i nawet jeśli my tych uczuć nie podzielamy, to może powinniśmy się ucieszyć z faktu, że ktoś chce nas jeszcze widzieć w swoim domu i być za to wdzięczni? Docenić to? Odwdzięczyć się?
Czy jest gdzieś koniec tej "samorealizacji"? dziwnie pojętego prawa do prywatności?

Nie chcę oceniać ludzi, którzy popadają w sidła egoizmu pod przykrywką asertywności. Chciałam tylko powiedzieć, że jedyne co warto, to dzielić ten obrus naszego czasu pomiędzy innych, pomiędzy rodzinę, najbliższych, ale też pomiędzy wszystkich, którzy - zawsze z jakiegoś powodu - stają na naszej drodze. Na Nowy Rok życzę wszystkim,  także sobie, by nie doświadczyć bolesnego uczucia, które zazwyczaj towarzyszy myśli, że już jest za późno....

środa, 9 grudnia 2015

"Szofar zabrzmiał" czyli kolejna książka Francine Rivers

Od kilku miesięcy czytam z wielką pasją książki pani Rivers. Są to bardzo dobrze napisane czytadła, różniące się od innych czytadeł tym, że pisane z pozycji zaangażowanej, mocno wierzącej chrześcijanki -  protestantki, jaką jest autorka. Zaczęłam od "Ostatniego zjadacza grzechu" poprzez sagę "Znamię lwa", a ostatnio skończyłam "Szofara".
Jest to wciągająca opowieść o relacji między ojcem i synem, przerośniętych ambicjach, które doprowadzają do wypaczenia idei, a w rezultacie do osobistej katastrofy, która zawsze u Rivers jest początkiem nowego życia...

Młody pastor, pełniący funkcję pomocnika w jakimś wielkomiejskim, dobrze prosperującym zborze, przyjeżdża do małego kalifornijskiego miasteczka, z misją ratowania tamtejszej wspólnoty od całkowitej rozsypki. Pastor Paul jest synem innego pastora, znanego w całych Stanach, popularnego i wielbionego przez tłumy. Syn maniakalnie próbuje dorównać ojcu, zatraca się w swojej posłudze, która stopniowo przestaje być służbą Bogu, a przeradza się w realizację ambicji, zarabianie dużych pieniędzy i służenie zgoła czemuś innemu. Pastor  gubi po drodze sens swojej posługi, niszcząc miłość żony i syna....

Czytając tę powieść dowiedziałam się dużo  na temat funkcjonowania wspólnot i kościołów protestanckich, podejścia członków tych przeróżnych kościołów do wiary. Książka przybliża kulturę Amerykanów tak różną od naszej, ich sposoby realizacji poszukiwań duchowych. Utwierdziłam się w przekonaniu, że protestantyzm nie jest i nie będzie nigdy dla mnie, wydaje mi się czymś okropnym to ich mnożenie wspólnot, w zależności od tego, czy się lubią, czy zgadzają z sąsiadem z ławki kościelnej czy nie.
Ale jak to u Rivers, pojawiają się bohaterowie, którzy uczą pokory, cierpliwości i całkowitej, niezachwianej wiary w bożą Opatrzność. Co ciekawe, autorka poprzez swoich bohaterów ostro krytykowała uleganie trendom, modom i gustom parafian przez pastorów i zbory. Ciekawe dla mnie dlatego, że zawsze kojarzyłam kościoły protestanckie jako wspólnoty goniące za nowinkami mogącymi przyciągnąć więcej wiernych. Zawsze ceniłam kościół katolicki za to, że jest stały i ostrożny we wszystkich zmianach. Jest to jedyna słuszna droga, trwanie w wierności, a nie podążanie za modą, co zawsze kończy się katastrofą dla podążającego. Rivers w swojej powieści bardzo to akcentuje.

To, co mnie denerwowało, to produkt placement, zupełnie dla mnie absurdalny, a obecny na co drugiej stronie. Nie wiem, czy to wina, pomysł (?) tłumacza, czy po prostu książka została wydana za granty od sponsorów? Mam też kilka zastrzeżeń do pracy edytorów, ale ogólnie polecam, jako dobrą, a równocześnie lekką, przyjemną i wciągającą lekturę po ciężkim dniu pracy.

piątek, 17 lipca 2015

Wzmożenie czytelnicze

Było tak, że bardzo długi czas czytałam książki ciężkie, gęste, bogate w filozoficzny przekaz. Jakoś miałam wstręt do tzw. czytadeł i literatury popularnej. Na wakacje, najlżejsze co sobie sprawiłam, to była "Udręka i ekstaza" i było to dwa lata temu. Rok później "Dzieje duszy" Św. Tereski.
Od dwóch miesięcy natomiast zaczytuję się w książkach Francine Rivers. Poleciła mi koleżanka i w zasadzie nie wiem, co mnie skłoniło, że zaczęłam czytać. Z jakichś niezrozumiałych powodów darzę dużą nieufnością książki opisane jako "bestseller", a już przymiotnik " światowy" odrzuca mnie totalnie. Ale jakoś zmusiłam się, być może entuzjazm mojej koleżanki polecającej mi tę autorkę nakazał mi pójść do biblioteki i przeczytać to, co akurat znalazłam tej autorki. Choć nie przypominam sobie, bym miała na to zbyt wielką ochotę.

Była to książka pt. "Ostatni zjadacz grzechu". Nieoczekiwanie dla mnie wciągnęłam się, książka mnie tak zainteresowała, że porzuciłam zupełnie szklany monitor, a mąż patrzył na mnie unosząc brwi, bo dawno nie widział mnie tak pochłoniętą lekturą.
Ale wielka fascynacja zaczęła się przy pierwszej części trylogii "Znamię lwa", pt. "Głos w wietrze". Oszalałam po prostu i wstawałam pół godziny wcześniej niż zwykle, w zwyczajny roboczy dzień, by móc choć chwilę spędzić w starożytnym Rzymie i Efezie. Czytałam jak zaklęta, pierwszą część, potem drugą, "Echo w ciemności". Trzecią odłożyłam sobie na czas, gdy już wyczerpię pozostały repertuar Rivers.
Kolejne to były: "Most przeznaczenia", "Batszeba", a dziś rano skończyłam "Chatę w dolinie", którą postawiłabym na drugim miejscu, zaraz po dwóch częściach trylogii (bo one są na pierwszym miejscu egzequo)
Wszystko to w zaledwie półtora miesiąca, nie osiągnęłam takiego wyniku ilościowego od lat.
Postaram się napisać coś więcej o poszczególnych pozycjach, ale dziś jeszcze przeżywam życie Sary/Angel z "Chaty w dolinie".

poniedziałek, 13 lipca 2015

Odpowiedź przychodzi

Wszystko idzie nie tak, porażka za porażką. Nieuchronnie dopada mnie zły nastrój, czarnowidztwo. Gorączkowo planuję przyszłość, układam scenariusze, choć jakiś głos mówi mi - to bez sensu.....

I nagle, kiedy przeglądam w poczuciu swojej beznadziei internet, trafiam na to:

św. Doroteusz z Gazy (+565):
Przede wszystkim, dziecko, nie znamy planów Boga i powinniśmy Jemu powierzyć zarządzanie naszymi sprawami; szczególnie teraz tak powinniśmy czynić. Bo jeśli będziesz usiłował osądzać sądem ludzkim to, co się przydarza, wpadniesz w udrękę. Trzeba więc, kiedy przychodzą męczące cię złe myśli, wołać do Boga: „Panie, przeprowadź tę sprawę według twojej woli i twojej wiedzy". Bowiem Opatrzność Boża działa często wbrew naszym sądom i nadziejom i czego innego się spodziewamy, a co innego w rzeczywistości się zdarza. Krótko mówiąc, w chwili pokusy trzeba zachować cierpliwość, modlić się i nie chcieć, ani nie próbować, jak już powiedziałem, przezwyciężyć ludzkim rozumem myśli pochodzących od diabła. Ojciec Pojmen, który to wiedział, mawiał, że słowa o troszczeniu się o jutro skierowane są do czło­wieka cierpiącego pokusę. Wierz więc, dziecko, że tak jest naprawdę, odrzuć wszelkie własne sądy, choćby i były roztropne, a z całej siły zaufaj Bogu, który może uczy­nić nieskończenie więcej nad to, o co prosimy lub co ogarniamy umysłem. Mogłem odpowiedzieć ci na wszystko szczegółowo, ale nie chcę prowadzić długich dyskusji ani z tobą, ani ze sobą. Wolę, żebyś trwał w nadziei złożonej w Bogu; bo ta droga jest bezpieczniejsza i mniej na niej troski. Pan niech będzie z tobą.
List do brata dręczonego przez pokusę.


To oczywiście nie takie proste zastosować się do powyższych wskazówek, ale staram się. Zresztą, czy mam inne wyjście? Sama sobie i tak nie poradzę, to wiem z całą jasnością. 

sobota, 23 maja 2015

Inny świat, jakże piękny

Przez chwilę pomyślałam, że nie dam rady. Tempo pracy, jakie sobie narzuciłam w szkole, którą wpółprowadzę od września 2014 czasami, a nawet dosyć często, zwyczajnie mnie przerasta. Zupełnie zapomniałam, że nasza stażystka obiecała jakiś czas temu zorganizowanie nam wycieczki do Ośrodka Szkolno Wychowawczego w Szklarach Górnych, w którym uczą się dzieci z upośledzeniem umysłowym wszystkich stopni i dodatkowo spora grupa autystów i dzieci z zespołem Downa.

Nagle jest wtorkowe popołudnie, ja ledwo przytomna od nadmiaru załatwianych spraw, zestresowana, że oczywiście nie zdążę wszystkiego, a tu nagle słyszę, że jutro muszę wstać bladym świtem i stawić się pod szkołą o 6.30 rano.
Spóźniłam się, razem z moją córeczką, wszyscy tylko na nas już czekali, ale do ośrodka na szczęście dojechaliśmy punktualnie.

W całym tym pędzie  dnia codziennego nie zarejestrowałam, że nasza stażystka pracowała długi czas nad tymi naszymi odwiedzinami, że dzieci i wychowawcy z ośrodka byli doskonale na naszą wizytę przygotowani i wielki zaskoczeniem było dla mnie, gdy usłyszałam, że oni czekają na nas z niecierpliwością i wielką radością.

Wszystko dla mnie okazało się wielką, wspaniałą niespodzianką. Nasze dzieci, z początku jak zawsze troszkę nieufne, niespodziewanie szybko zaaklimatyzowały się w środowisku swoich kolegów. A koledzy - w grupie, w której mieliśmy pierwsze wspólne zajęcia - praktycznie nie komunikowali się werbalnie, słownie. Wychowawczyni zapowiedziała, że są to mili chłopcy, ale trzeba uważać, bo czasem potrafią uszczypnąć, ugryźć, kopnąć. To oświadczenie - nas - opiekunki wycieczki - na moment wprawiło w lekką konsternację, ale nasze dzieci przyjęły je najnaturalniej na świecie - bo pani nauczycielka zaczęła mówić do nich po ludzku - a wiadomo, że w wieku 8 lat ma się ochotę czasem kogoś kopnąć albo uszczypnąć, lub samemu paść ofiarą takiego potraktowania, co dla dzieci nie jest niczym potwornym. Choć w tzw zwykłej szkole do tematu tabu należy mówienie o tym. A tu proszę, nauczyciele, a mówią ludzkim językiem.

Tego dnia czekała nas niespodzianka za niespodzianką. Wyjeżdżaliśmy po wspólnym obiedzie, żegnani przez wychowanków niemal ze łzami w oczach. Ale my też byliśmy bardzo wzruszeni. Jedne uczeń podszedł do mnie, uścisnął mnie bardzo mocno i powiedział, że będą tęsknić, że musimy jak najszybciej się spotkać, że będziemy pisać do siebie listy.

Jeszcze nigdy nie spotkałam się z taką szczerą bezpośredniością, z czymś tak pozbawionym cienia hipokryzji, cienia wyrafinowania. Te dzieci i ta młodzież z ośrodka to całkiem inny świat. Na pozór świat tragiczny, smutny i trudny, ale to nieprawda. Ja tam cały czas czułam radość, taką zwyczajną, życiową. Nie czułam do tych osób współczucia, litości. Nagle zrozumiałam - i nie chodzi o to, że wcześniej myślałam inaczej, po prostu nigdy wcześniej tak naprawdę nie zastanawiałam się nad tym - więc nagle zrozumiałam, że ten świat jest tak cudowny i to nasze ludzkie życie jest tak cudowne, dzięki tej niesamowitej różnorodności. To nie tragedia, gdy rodzi się chore lub upośledzone dziecko. To po prostu inny styl życia. Inne doświadczanie świata, ale równie wartościowe i interesujące jak nasze, codzienne. Niemożliwe jest mówić o nieszczęściu, gdy się widzi tak  szczere i czyste serce przed sobą. Nie trzeba szaleńczo podróżować po świecie, żeby poczuć tę jego różnorodność, zainspirować się multikulturalizmem. Wystarczy czasem wyjrzeć tylko za swoją miedzę.

Gdy wracaliśmy do domu, dzieci zażyczyły sobie do słuchania tzw. bajkę grajkę pt. "Legenda o złotej kaczce". Wierzbowe fujarki tak śpiewają w tej legendzie: "serce jest skarbem największym. Trzeba je cenić najwięcej".