Wczoraj pisałam o tym, jak bardzo od lat urzeka mnie opowieść o Marysieńce Orwiczównie, zwanej przez wszystkich przyjaciół "Słoneczko" - ze względu na cudne, jasne włosy, ale bardziej chyba ze względu na jasne i czyste serce i pogodne usposobienie.
Marysieńka jest - najprawdopodobniej - wytworem wyobraźni. I czasem smutno się robi człowiekowi, gdy pomyśli, że nie ma takich dzieci na swiecie. Jaki swiat byłby piękny, gdyby istniały takie duszyczki.....
A jednak istnieją. I były zawsze. Mam więc nadzieję, że zawsze też będą.
Cudowne dni wakacji, urlopu, który mogę poświęcić najbliższym i sobie, spędziłam w pięknym otoczeniu przyrody, ciszy i Świętej Tereski od Dzieciątka Jezus.
Nie pamiętam już, dlaczego wzięłam do ręki tę lekturę. Może powodowała mną ciekawość, jak to się stało, że tak młoda dziewczyna została swiętą, a na dodatek najmłodszą wśród doktorów Koscioła Świętego. Może cos innego skierowało moją uwagę w tę stronę, może sam intrygujący tytuł "Dzieje duszy"....
W każdym razie cudowne chwile wolnego czasu, pięknej pogody, bliskości moich dzieci i męża wzbogacone zostały obecnością cudownego gościa, Świętej Teresy.
"Dzieje duszy" to książka niezwykła. Opisuje nam Święta Teresa swoje życie, od najmłodszych lat naznaczone cierpieniem: bardzo wcześnie straciła ukochaną mamę. Każda jej myśl, każda czynność opisana jest z perspektywy bożej, wzbogacona o medytacje, przemyślenia i rozważania dotyczące jedynej Prawdy i Miłosci.
Lektura tak niesamowita, że nie da się jej opisać, streścić, wystawić recenzji. Przynajmniej ja tego nie potrafię. Ale lektura wymagająca. Wymagająca skupienia i uwagi, ciszy, przede wszystkim ciszy. Tej ciszy, którą możemy i powinnismy mieć w duszy.
Polecam każdemu, kto w książce szuka czegos więcej niż przygód, romansów i wartkiej fabuły. Tutaj jest to wszystko, tylko opisane sto razy lepiej i ciekawiej.
"Dwie chwile ważne są w życiu każdego: ta kiedy się urodził, oraz ta kiedy dowie się po co żyje." Mark Twain.
wtorek, 27 stycznia 2015
poniedziałek, 26 stycznia 2015
Słoneczko, czyli moja nostalgia
Dzieci pojechały na ferie, ja siedzę w towarzystwie kota. Próbowałam oglądać "Amelię", ale w połowie filmu porzuciłam ten zamiar. Coś mnie w nim zawsze uwierało. Słodka, zwiewna, delikatna historia została podszyta wulgarnymi treściami, nadając całej historii smak gorzki i powodujący niestrawność. Trochę szkoda, bo sam pomysł "Amelii" wydawał się miły i nietuzinkowy.
Wydawał się.
Historia Marysieńki Orwiczównej, która osierocona przyjeżdża do smutnego, nędznego, zapuszczonego domu jest właśnie taką "Amelią", tylko doskonałą. Tuż przed wyjazdem dzieci skończyłam czytać im tę opowieść. To książka mojego dzieciństwa, spędziłam nad nią niezliczone godziny, bo tak już miałam, że książkę, która mnie urzekła czytałam ciąglę, od nowa i od nowa.
W wielkim domu, który dni swojej świetności przechodził wiele lat wcześniej, żyje rodzina: matka, która całe dnie spędza w łóżku, najprawdopodobniej powalona depresją i wynikającymi z niej skutkami fizycznymi, trojka dzieci: dwoje nastolatków, Janek i Hanka i ich ośmioletnia siostra, Basia. Dzieciaki są zaniedbane, ale przyzwyczajone do zbytków, których już nie ma. Wychowane najprawdopodobniej w rodzinie szlacheckiej, ziemiańskiej - rzecz dzieje się w międzywojniu - po śmierci ojca, jedynego żywiciela rodziny, nadal prowadziły tryb życia jak dzieci bogatej rodziny ziemiańskiej. A sytuacja zmieniała się szybko i dramatycznie. Matka przestała zajmować się nimi i domem, nie zdolna do niczego z rozpaczy i bezsilności, służba pouciekała, za wyjątkiem starej Marty, która wzięła na siebie obowiązki gospodyni domu. Bieda zaczęła wyzierać z każdego kąta, dom niszczał i podupadał, dzieci zaczęły przyzwyczajać się do głodu i jedzenia jedynie gotowanych ziemniaków na śniadanie, obiad i kolację. Nie nauczone nigdy pracy, dbania o siebie i swoje otoczenia, a także odpowiedzialności, dzieci żyły jak dzikusy, zaniedbując szkołę, łobuzując i nie przejmując się niczym.
Na to wszystko przyjechała Marysieńka, 11 letnia sierotka, której ojciec zginął - najprawdopodobniej na wojnie, tak jak mąż dzieci z ponurego domu. Matka dziewczynki po długiej chorobie umiera, pozostawiając na świecie samotną córeczkę, ale samodzielną, pracowitą i o niebiańskim wprost sercu.
Pani Dębska, matka Hanki, Janka i Basi decyduje się przygarnąć sierotę, ze względu na przyjaźń jaka łączyła ją ze zmarłą.
Marysieńka rozpoczyna nowe życie w ponurym, brudnym i zaniedbanym domu. Swą słodyczą i dobrocią zjednuje sobie mieszkańców domostwa, a także małego miasteczka. Dom i domownicy zmieniają się pod wpływem jej starań i ciężkiej pracy, za wyjątkiem Hanki, która nienawidzi dziewczynki i którą ta nienawiść doprowadzi aż do zbrodni.
Na szczęście wszystko kończy się dobrze, a moje dzieci głośno oddychały z ulgą po niektórych rozdziałach książeczki.
Ckliwa historyjka, tak straszliwie niedzisiejsza. Nawet język, w jakim pisze autorka, Maria Buyno - Arctowa jest przestarzały, charakterystyczny dla wczesnych lat 20 -tych ubiegłego wieku.
A jednak jest to historia pełna uroku, pełna emocji i wciągająca - przynajmniej dla moich dzieci.
Dziś już nikt nie pisze takich książek, Marysieńka uznana zostałaby przez opinię publiczną za głuptasa i naiwniaczkę. Mimo to książeczka warta uwagi, przenosi nas w dawne i zapomniane już czasy, ma klimat i urok, jakiego próżno szukać we współczesnej literaturze dla dzieci i młodzieży. Autorka, jak zawsze (znam jej inne książki) poucza dosyć wyraźnie czytelnika o tym co jest dobre, a co złe, stawia za wzór harcerza i mówi bez ogródek, że tak prawy i odważny chłopak jak jeden z bohaterów książki, powinien być każdy Polak.
Czy dziś znajdziemy gdzieś takie stwierdzenia? Takie pouczenia?
Jestem zwolenniczką nazywania rzeczy po imieniu, czasem nawet lubię taka toporną wykładnię i pouczenia. W życiu bowiem, w codzienności mam tyle różnych niuansów, że doprawdy, dobrze czasem odpocząć od niedopowiedzeń, od metafor i domyślania się znaczeń.
Polecam każdemu, nie tylko dzieciom.
Maria Buyno - Arctowa, "Słoneczko"
Wydawał się.
Historia Marysieńki Orwiczównej, która osierocona przyjeżdża do smutnego, nędznego, zapuszczonego domu jest właśnie taką "Amelią", tylko doskonałą. Tuż przed wyjazdem dzieci skończyłam czytać im tę opowieść. To książka mojego dzieciństwa, spędziłam nad nią niezliczone godziny, bo tak już miałam, że książkę, która mnie urzekła czytałam ciąglę, od nowa i od nowa.
W wielkim domu, który dni swojej świetności przechodził wiele lat wcześniej, żyje rodzina: matka, która całe dnie spędza w łóżku, najprawdopodobniej powalona depresją i wynikającymi z niej skutkami fizycznymi, trojka dzieci: dwoje nastolatków, Janek i Hanka i ich ośmioletnia siostra, Basia. Dzieciaki są zaniedbane, ale przyzwyczajone do zbytków, których już nie ma. Wychowane najprawdopodobniej w rodzinie szlacheckiej, ziemiańskiej - rzecz dzieje się w międzywojniu - po śmierci ojca, jedynego żywiciela rodziny, nadal prowadziły tryb życia jak dzieci bogatej rodziny ziemiańskiej. A sytuacja zmieniała się szybko i dramatycznie. Matka przestała zajmować się nimi i domem, nie zdolna do niczego z rozpaczy i bezsilności, służba pouciekała, za wyjątkiem starej Marty, która wzięła na siebie obowiązki gospodyni domu. Bieda zaczęła wyzierać z każdego kąta, dom niszczał i podupadał, dzieci zaczęły przyzwyczajać się do głodu i jedzenia jedynie gotowanych ziemniaków na śniadanie, obiad i kolację. Nie nauczone nigdy pracy, dbania o siebie i swoje otoczenia, a także odpowiedzialności, dzieci żyły jak dzikusy, zaniedbując szkołę, łobuzując i nie przejmując się niczym.
Na to wszystko przyjechała Marysieńka, 11 letnia sierotka, której ojciec zginął - najprawdopodobniej na wojnie, tak jak mąż dzieci z ponurego domu. Matka dziewczynki po długiej chorobie umiera, pozostawiając na świecie samotną córeczkę, ale samodzielną, pracowitą i o niebiańskim wprost sercu.
Pani Dębska, matka Hanki, Janka i Basi decyduje się przygarnąć sierotę, ze względu na przyjaźń jaka łączyła ją ze zmarłą.
Marysieńka rozpoczyna nowe życie w ponurym, brudnym i zaniedbanym domu. Swą słodyczą i dobrocią zjednuje sobie mieszkańców domostwa, a także małego miasteczka. Dom i domownicy zmieniają się pod wpływem jej starań i ciężkiej pracy, za wyjątkiem Hanki, która nienawidzi dziewczynki i którą ta nienawiść doprowadzi aż do zbrodni.
Na szczęście wszystko kończy się dobrze, a moje dzieci głośno oddychały z ulgą po niektórych rozdziałach książeczki.
Ckliwa historyjka, tak straszliwie niedzisiejsza. Nawet język, w jakim pisze autorka, Maria Buyno - Arctowa jest przestarzały, charakterystyczny dla wczesnych lat 20 -tych ubiegłego wieku.
A jednak jest to historia pełna uroku, pełna emocji i wciągająca - przynajmniej dla moich dzieci.
Dziś już nikt nie pisze takich książek, Marysieńka uznana zostałaby przez opinię publiczną za głuptasa i naiwniaczkę. Mimo to książeczka warta uwagi, przenosi nas w dawne i zapomniane już czasy, ma klimat i urok, jakiego próżno szukać we współczesnej literaturze dla dzieci i młodzieży. Autorka, jak zawsze (znam jej inne książki) poucza dosyć wyraźnie czytelnika o tym co jest dobre, a co złe, stawia za wzór harcerza i mówi bez ogródek, że tak prawy i odważny chłopak jak jeden z bohaterów książki, powinien być każdy Polak.
Czy dziś znajdziemy gdzieś takie stwierdzenia? Takie pouczenia?
Jestem zwolenniczką nazywania rzeczy po imieniu, czasem nawet lubię taka toporną wykładnię i pouczenia. W życiu bowiem, w codzienności mam tyle różnych niuansów, że doprawdy, dobrze czasem odpocząć od niedopowiedzeń, od metafor i domyślania się znaczeń.
Polecam każdemu, nie tylko dzieciom.
Maria Buyno - Arctowa, "Słoneczko"
wtorek, 6 stycznia 2015
Za dużo wolnego?
Wiele lat temu koleżanka powiedziała mi, że czuje jakby nie miała rodziny. Jeździ na weekendy do domu, je z rodzicami i rodzeństwem obiad, a gdy wraca do akademika, mama pakuje jej do plecaka słoiki z przysmakami. Czasem nawet dzwonią do siebie w ciągu tygodnia.
Skąd więc to uczucie, dziwię się. Na to ona opowiedziała mi, jak któregos dnia, kiedy w domu rodzinnym byli akurat wszyscy, wyłączono prąd. Przerwy w dostawach były pod koniec lat dziewięćdziesiątych dosyć rzadkie, tak więc domownicy nie byli przygotowani na taką ewentualnosć i okazało się, że mają tylko jedną swieczkę. Zgromadzili się więc wokół niej i.....ogarnęła ich trwoga. Okazało się, że nie mają ze sobą o czym rozmawiać. Milczenie w takich sytuacjach bywa nader kłopotliwe i tam, wtedy w tej rodzinie stało się wręcz udręką. Zostali zmuszeni wbrew swojej woli do spędzenia ze sobą czasu. No po prostu koszmar.
I wtedy ta moja koleżanka uznała, że jej rodzina to fikcja. Oczywiscie taką konstatację można złożyć na karb jej młodego wieku i egzaltację z tego wynikającą, ale czy tylko więzy krwi decydują o tym, że jestesmy rodziną? To pytanie jest oczywiscie retoryczne, bo wiadomo, że rodzinnie można poczuć się nawet wsród osób, które widzi się pierwszy raz.
Przez całe dwa i pół tygodnia widziałam i słyszałam w wielu miejscach utyskiwanie na takie niesamowite ilosci wolnego czasu. No co tu, kurcze robić, kiedy nie każą nam isć do roboty? Po prostu dramat wolnego wyboru. Pani Bogna Janke stwierdziła nawet, że polska nauka poniesie niepowetowane straty, bo dzieci albo się rozleniwią, albo zestresują zanadto.
Nie chcę tu obrażać tej zacnej niewiasty, ale myslę, że poziom szkoły ma niewiele wspólnego z iloscią dni wolnych w ciągu roku i tylko dlatego, że miłosierdzie w stosunku do bliźniego nie pozwala mi pastwić się nad tą kobietą, nie napiszę nic więcej.
Kiedy zaczęłam pracę zawodową, moim największym stresem był czas, jaki mogłam poswiecić jednemu wówczas dziecku. Nie uczestniczyłam w ani jednej tzw imprezie firmowej, bo po zakończeniu pracy gnałam jak oszalała do domu, gdzie czekał na mnie stęskniony synek. Ten brak mojej obecnosci w jego życiu był moim koszmarem, chociaż zawsze lubiłam moją pracę. Każdy dzień wolny stawał się dla nas prawdziwym błogosławieństwem i wykorzystywalismy go najlepiej jak się dało. Co nie oznacza, że robilismy Bóg wie jakie rzeczy, po prostu bylismy ze sobą, i cieszylismy się swiją obecnoscią, brakiem pospiechu i brakiem innych, obcych nam ludzi. Kilka lat temu porzuciłam zupełnie pracę etatową. Siedziałam w biurze po 8 godzin dziennie, w towarzystwie osoby, która bezustannie pieprzyła takie farmazony, że było żal słuchać, a przy tym była ta osoba znienawidzona przez pozostałych pracowników dokumentnie, w tym przeze mnie. W domu czekała na mnie malutka córeczka i syn, którzy byli dla mnie najważniejsi na swiecie. A mogłam im poswięcić tylko malutki wycinek mojego dnia, bo resztę poswięcałam tej własnie okropnej osobie. I zadałam sobie sprawę, że tylko skończony dureń może godzić się na cos takiego. Że dlaczego mam tęsknić za dziećmi i czas, który mogłabym być z nimi spędzać z jakims społecznym nieporozumieniem. Uswiadomiłam sobie, że taki układ jest wbrew naturze, wbrew rozsądkowi i wbrew wszystkiemu, co dla mnie ważne. Rzucenie papierów nie było sprawą łatwą, gdy papiery gwarantują stabilną pracę i jakies tam pieniądze. Ale nic poza tym. Zdobyłam się na odwagę i zrobiłam to i po latach mogę potwierdzić, że była to jedna z najlepszych decyzji, jakie podjęłam w życiu....
Cieszę się, że moje dzieci nie mają pojęcia o tym, że galerie handlowe są otwarte w niedziele. W ogóle nie lubią bywać w takich miejscach. Cieszę się, że aktywnie uprawiają różne sporty, mają czas na czytanie książek, na filmy, na zabawę. A ja mam czas, żeby na nie popatrzeć, żeby się z nimi powygłupiać rano i zjesć sniadanie w piżamie. Wreszcie miałam czas, żeby posiedzieć codziennie z córeczką, która własnie uczy się czytać, nad elementarzem i nadrobić wszelkie zaległosci. Cieszę się, że na chwile swiat o mnie zapomniał i nie mąci mojej radosci fakt, że jutro to wszystko skończy się z samego rana. Ja odpoczęłam, naładowałam baterie i czuję, że jestem w stanie podołać wszelkim obowiązkom.
Życzę każdemu chwil spedzonych w gronie rodziny. Cieszcie się każdym wolnym dniem od pracy. Niech nikogo nie przeraża perspektywa spędzania czasu z najbliższymi, albo z samym sobą. Wyłączcie kiedys swiatła w domu i posiedźcie przy swieczce. Niech to będzie sprawdzian waszych relacji. I niech on wypadnie dla każdego pozytywnie.
środa, 31 grudnia 2014
Dzieci, dom, książki, kawa, praca. Bóg.
Tak mniej więcej - jak w tytule wyglądał mój rok 2014, który właśnie przechodzi do historii. Boga wymieniłam w osobnym zdaniu. Zdaniu składającym się z jednego Słowa. To klamra spinajaca cały mój rok 2014.
Ten rok był dla mnie rokiem spędzonym z Bogiem, chyba po raz pierwszy tak blisko, ciągle, na nowo. Zaczęłam z Nim rozmawiać, a On odpowiedział.
Piszę te słowa i odkrywam te odpowiedzi, które dostałam, a okazuje się, że było ich sporo.
Miałam ambitny plan podsumować ten mijający rok, wymienić najważniejsze wydarzenia, które miały miejsce w moim życiu. Wydarzenia, które w codziennym biegu wydają mi się niesłychanie ważne, tak ważne, że zbyt często mam wrażenie, że jeśli cos się nie uda, to swiat się zawali, skończy, runie, a ja wraz z nim.
A teraz piszę i mam pustkę w głowie gdy próbuję sobie te ważne wydarzenia zliczyć, przypomnieć, opisać.
Znalazłam dziś taki obrazek z myslą Ojca Pio.
Wklejam go załączając tym samym życzenia dla wszystkich, którzy są mi drodzy.
Ten rok był dla mnie rokiem spędzonym z Bogiem, chyba po raz pierwszy tak blisko, ciągle, na nowo. Zaczęłam z Nim rozmawiać, a On odpowiedział.
Piszę te słowa i odkrywam te odpowiedzi, które dostałam, a okazuje się, że było ich sporo.
Miałam ambitny plan podsumować ten mijający rok, wymienić najważniejsze wydarzenia, które miały miejsce w moim życiu. Wydarzenia, które w codziennym biegu wydają mi się niesłychanie ważne, tak ważne, że zbyt często mam wrażenie, że jeśli cos się nie uda, to swiat się zawali, skończy, runie, a ja wraz z nim.
A teraz piszę i mam pustkę w głowie gdy próbuję sobie te ważne wydarzenia zliczyć, przypomnieć, opisać.
Znalazłam dziś taki obrazek z myslą Ojca Pio.
Wklejam go załączając tym samym życzenia dla wszystkich, którzy są mi drodzy.
poniedziałek, 3 listopada 2014
Od nagłej i niespodziewanej śmierci...
Okolice Wszystkich Świętych to nie tylko podwyższona aktywność wielkomiejskich durniów, wysyłających wieczorem swoje dzieci w groteskowych przebraniach po cukierki (może to rodzaj rodzicielskiego oswajania dzieci z przyszłą ich pracą zawodową przedstawicieli handlowych, bo ja wiem?). To głównie dziwny jazgot różnych początkujących dziennikarzy z ambicjami, którzy oddają się refleksjom na temat polactwa. Polactwa objawiającego się jeżdżeniem na groby bliskich, kupowaniem kwiatów i zniczy. Znalazłam nawet kuriozalny tekst, w którym jego autor pouczał czytelników, żeby zamiast drogiego znicza kupili sobie bilet do kina, albo oddali te pieniądze na biedne dzieci. Wczoraj czytałam tekst o tym, jak to w Polsce jest drogo umrzeć - ale jak nas od razu poinformował lid na gazeta.pl - wszystko to z winy pazernego kleru, choć w tekście wyszło, że koszta na tzw księdza to ok 3 % kosztów całej ceremonii. Cel artykułu oczywiście został osiągnięty, pod tekstem szybko pojawiło się stado szczerych opętańców, którzy mieli do powiedzenia tylko tyle, że nienawidzą księży, Boga i tych wszystkich polaczków, którzy rozmodleni płacą horrendalne sumy "czarnym" a na stypie hołdują przaśnej polskiej tradycji "zastaw się a postaw się", częstując gości dewolajami. Ja rozumiem, że można wyć i skwierczeć na wspomnienie księdza i sakramentów, ale nie rozumiem, czym zawinił ten nieszczęsny kotlet? Może powinniśmy od dziś częstować gości tylko popcornem, żeby zyskać akceptację apologetów unii europejskiej?
Byłam wczoraj na cmentarzu komunalnym - nie parafialnym - cmentarzu dosyć dużym. Ponieważ była piękna pogoda, a ja miałam dużo czasu, obeszłam go wzdłuż i wszerz, tam i z powrotem i nie znalazłam ani jednego nagrobka bez krzyża. Każdy jeden grób wskazywał na człowieka wierzącego, który leży w tej zimnej ziemi z nadzieją na zbawienie. Czytałam te nazwiska, czytałam te prośby o modlitwę, te westchnienia Ave Maria....i myślałam sobie, że łączyło tych ludzi jedno: przekonanie o swojej nieśmiertelności. O bezkarności gadania bzdur, czasem może bluźnierstw. Bo w końcu wszyscy byli kiedyś ludźmi i błądzili jak ludzie. A teraz mają nad nami tę przewagę, że już wiedzą.
Pod artykułami, o których wspomniałam pełno było komentarzy, że idealnie to umrzeć nagle, w jakiejś katastrofie, wypadku, byle nie czuć, byle szybko. Wielu komentatorów deklarowało również, że oni - marząc o takiej sposobności - zapowiedzieli już rodzinie, że nie chcą "żadnej szopki z czarnymi", że mają zostać skremowani, a prochy mają zostać rozsypane nad morzem albo w górach (w ich mniemaniu oczywiście kremacja oraz podróż celem rozsypywania prochów nic nie kosztuje, bo wiadomo, że kosztuje tylko ksiądz). Jeden nawet, jakichś chyba troll jaskiniowy - sądząc po treści komentarza - napisał, że on po śmierci chce żeby go zostawili tam, skąd przyszedł, czyli w lesie, żeby mógł jeszcze po śmierci na coś się przydać i nawieźć ziemię. (zapomniał, że wcześniej gorliwie przytakiwał tym, którzy pisali, że pochówek w ziemi to niszczenie natury).
Tym, co marzą o nagłej i niespodziewanej śmierci, chciałam tylko przypomnieć taką sentencję: strzeż się spełnionych marzeń.
niedziela, 12 października 2014
"Zbaw nas ode złego" czyli relacja Ralpha Sarchie
Każdy z nas miał takie chwile w życiu, kiedy mógł dojrzeć - przez ułamek
sekundy, ale jednak - delikatny blask skrzydeł swojego Anioła. I każdemu z nas z
pewnością nie raz mignęła przed oczami kosmata, obrzydliwa łapa. Mówię tu
oczywiście o chwilach w życiu człowieka, kiedy wyraźnie czuje obecność, życzliwą
i pełną miłości, pomocną obecność Anioła Stróża. I o chwilach, kiedy na przykład
zrobił, powiedział, pomyślał coś bardzo złego, czego tak naprawdę nie chciał
zrobić, powiedzieć, pomyśleć, a jednak - jakby poza nim i wbrew swojej woli -
zrobił, pomyślał, powiedział. A potem dziwił się: jak do tego mogło dojść?
Takie chwile, wydarzenia, przebłyski mają miejsce w życiu każdego człowieka, choć nie każdy chce je zauważyć. Niezauważanie tego jest moim zdaniem jakimś wyjątkowym kalectwem i myślę, że zdarza się bardzo rzadko. Interesuje mnie natomiast jak to sobie tłumaczą ludzie, którzy twardo obstają przy ateistycznym światopoglądzie.
Nie wiem, jak jest w innych częściach Polski, ale we Wrocławiu od kilku lat w okresie świąt Bożego Narodzenia praktycznie nie ma kolędników. Nie przychodzą do nas przebrane dzieci śpiewające lepiej lub gorzej kolędę. Czy to z tego powodu, że zdążyli oblecieć wszystkie domy i mieszkania w okolicy, półtora miesiąca wcześniej, 31 października, "świętując" halloween? Myślę, że w jakimś stopniu dlatego.
Ralph Sarchie to nowojorski policjant pracujący wiele lat na południowym Bronxie. Swoją książkę pt. "Zbaw nas ode złego" zaczyna od słów: "Nie cierpię halloween. Ale nie zawsze tak było (...) Dopiero gdy jako policjant patrolowałem niebezpieczne dzielnice mojego miasta, poznałem mroczną stronę tego święta: każdy nowojorski zboczeniec i wariat dochodzi do wniosku, że tej nocy otwiera się sezon polowań na dzieci (...) prastary lęk przed tą datą ma jednak swoje źródła w czymś więcej niż ludowe podania czy przesądy. Niemal zawsze pod koniec października - albo w samo halloween, albo dzień wcześniej, w dniu który trafnie nazywa się Nocą Diabła albo Nocą Występku - nagle dostajemy wyjątkowo dużo zgłoszeń."
O książce Ralpha Sarchiego dowiedziałam się latem tego roku, przy okazji wejścia na ekrany polskich kin filmu pod tym samym tytułem, a który jest ekranizacją opowieści policjanta o przypadkach oddziaływania Złego i opętań wśród mieszkańców Stanów Zjednoczonych. Filmu nie oglądałam, bo trailer mi wystarczył, żeby zrezygnować z wycieczki do kina. Ja po prostu nie oglądam horrorów.
Książkę przeczytałam i muszę przyznać, że jest mocna. Jej mocą w żadnym wypadku nie jest jej literackość - książkę zresztą napisała Lisa Collier Cool na podstawie relacji policjanta - on jest wymieniany jako główny autor. Literacko więc jest to książka bardzo przeciętna. Tyle, że czytając ją, piękno języka, metafor i innych środków stylistycznych w literaturze w ogóle przestaje mieć znaczenie.
Ralph Sarchie, policjant, po godzinach służby zajmuje się Pracą: pomaga biskupowi ze swojej diecezji w diagnozowaniu przypadków zjawisk nadprzyrodzonych. W skrócie wygląda to tak: wystraszeni ludzie, po wykorzystaniu już wszelkich możliwych sposobów poradzenia sobie z nękającym ich niewytłumaczalnym koszmarem na jawie, w odruchu desperacji dzwonią po katolickiego duchownego. Ponieważ ten ma w jednej chwili kilka takich spraw i zgłoszeń, korzysta z pracy pomocników świeckich, a jednym z nich jest właśnie Sarchie. Sarchie nie pracuje sam, ale w towarzystwie swojego przyjaciela, również policjanta. Jadą na wskazane miejsce, rozmawiają z rodziną i ludźmi nękanymi koszmarnie prze coś, czego nie umieją ci ludzie zrozumieć, a co doprowadza ich do obłędu i totalnej rozsypki. Policjanci diagnozują czy to COŚ pochodzi z głów ludzi wołających o pomoc, czy raczej z czeluści piekielnych. Diagnoza polega na dokładnym wywiadzie - jak w zwykłym policyjnym śledztwie oraz na modlitwie. Jeśli policjanci stwierdzają oddziaływanie złego ducha, na miejsce wkracza biskup lub ksiądz wskazany przez biskupa i rozpoczyna egzorcyzmy - nad człowiekiem bądź nad miejscem.
Opisy opętań czy to ludzi czy domów chwilami mrożą krew w żyłach. Są bardzo obrazowe i czasem miałam wrażenie, że czytam scenariusz typowego amerykańskiego filmu. I pewnie odrzuciłabym tę książkę z niesmakiem, gdyby nie autentyczność, która mimo wszystko z niej przebija. Sarchie ciągle pisze o mocy modlitwy indywidualnej, o mocy różańca, o tym jak ważne jest życie w stanie łaski, a jak niebezpieczne jest uleganie pewnym modom lub banalizowanie takich zabaw jak przebieranki halloweenowe, wróżby, wywoływanie duchów podczas imprez - że niby taka świetna, emocjonująca zabawa.
Tym, co ostatecznie zdecydowało, że książkę przeczytałam całą i szczerze ją polecam jest również brak zagłębiania się w meandry psychologiczne autora. A przecież mógłby on nie jedną a kilka książek napisać o tym, z czym musi się zmagać, gdy asystuje przy egzorcyźmie, gdy widzi to, co nazywa złem wtórnym, czyli najpotworniejsze zbrodnie Nowego Jorku, które niby są czynem człowieka, ale tak naprawdę czyimś jeszcze. Pokora tego człowieka przebija z każdej strony tej książki i ostatecznie świadczy o jej autentyczności i prawdziwości wszystkich opisanych tam potwornych spraw.
Ta książka to wielkie świadectwo wiary w Boga, w Jego moc i opiekę. To także kolejny dowód na to, że w świecie toczy się prawdziwa walka o dusze. O tym, jak zgubne w skutkach może być trywializowanie lub - co gorsza - wyśmiewanie tego faktu. Ralf Sarchie przedmowę do książki kończy słowami "Niech Bóg ma w opiece Was wszystkich".
I ja też tak kończę dzisiejszy wpis. Życząc równocześnie, żebyście się chwilę zastanowili, zanim pozwolicie dzieciom przebrać się 31 października za demona.
"Zbaw nas ode złego", Ralph Sarchie, Lisa Collier Cool, wyd. Esprit, 2014
Takie chwile, wydarzenia, przebłyski mają miejsce w życiu każdego człowieka, choć nie każdy chce je zauważyć. Niezauważanie tego jest moim zdaniem jakimś wyjątkowym kalectwem i myślę, że zdarza się bardzo rzadko. Interesuje mnie natomiast jak to sobie tłumaczą ludzie, którzy twardo obstają przy ateistycznym światopoglądzie.
Nie wiem, jak jest w innych częściach Polski, ale we Wrocławiu od kilku lat w okresie świąt Bożego Narodzenia praktycznie nie ma kolędników. Nie przychodzą do nas przebrane dzieci śpiewające lepiej lub gorzej kolędę. Czy to z tego powodu, że zdążyli oblecieć wszystkie domy i mieszkania w okolicy, półtora miesiąca wcześniej, 31 października, "świętując" halloween? Myślę, że w jakimś stopniu dlatego.
Ralph Sarchie to nowojorski policjant pracujący wiele lat na południowym Bronxie. Swoją książkę pt. "Zbaw nas ode złego" zaczyna od słów: "Nie cierpię halloween. Ale nie zawsze tak było (...) Dopiero gdy jako policjant patrolowałem niebezpieczne dzielnice mojego miasta, poznałem mroczną stronę tego święta: każdy nowojorski zboczeniec i wariat dochodzi do wniosku, że tej nocy otwiera się sezon polowań na dzieci (...) prastary lęk przed tą datą ma jednak swoje źródła w czymś więcej niż ludowe podania czy przesądy. Niemal zawsze pod koniec października - albo w samo halloween, albo dzień wcześniej, w dniu który trafnie nazywa się Nocą Diabła albo Nocą Występku - nagle dostajemy wyjątkowo dużo zgłoszeń."
O książce Ralpha Sarchiego dowiedziałam się latem tego roku, przy okazji wejścia na ekrany polskich kin filmu pod tym samym tytułem, a który jest ekranizacją opowieści policjanta o przypadkach oddziaływania Złego i opętań wśród mieszkańców Stanów Zjednoczonych. Filmu nie oglądałam, bo trailer mi wystarczył, żeby zrezygnować z wycieczki do kina. Ja po prostu nie oglądam horrorów.
Książkę przeczytałam i muszę przyznać, że jest mocna. Jej mocą w żadnym wypadku nie jest jej literackość - książkę zresztą napisała Lisa Collier Cool na podstawie relacji policjanta - on jest wymieniany jako główny autor. Literacko więc jest to książka bardzo przeciętna. Tyle, że czytając ją, piękno języka, metafor i innych środków stylistycznych w literaturze w ogóle przestaje mieć znaczenie.
Ralph Sarchie, policjant, po godzinach służby zajmuje się Pracą: pomaga biskupowi ze swojej diecezji w diagnozowaniu przypadków zjawisk nadprzyrodzonych. W skrócie wygląda to tak: wystraszeni ludzie, po wykorzystaniu już wszelkich możliwych sposobów poradzenia sobie z nękającym ich niewytłumaczalnym koszmarem na jawie, w odruchu desperacji dzwonią po katolickiego duchownego. Ponieważ ten ma w jednej chwili kilka takich spraw i zgłoszeń, korzysta z pracy pomocników świeckich, a jednym z nich jest właśnie Sarchie. Sarchie nie pracuje sam, ale w towarzystwie swojego przyjaciela, również policjanta. Jadą na wskazane miejsce, rozmawiają z rodziną i ludźmi nękanymi koszmarnie prze coś, czego nie umieją ci ludzie zrozumieć, a co doprowadza ich do obłędu i totalnej rozsypki. Policjanci diagnozują czy to COŚ pochodzi z głów ludzi wołających o pomoc, czy raczej z czeluści piekielnych. Diagnoza polega na dokładnym wywiadzie - jak w zwykłym policyjnym śledztwie oraz na modlitwie. Jeśli policjanci stwierdzają oddziaływanie złego ducha, na miejsce wkracza biskup lub ksiądz wskazany przez biskupa i rozpoczyna egzorcyzmy - nad człowiekiem bądź nad miejscem.
Opisy opętań czy to ludzi czy domów chwilami mrożą krew w żyłach. Są bardzo obrazowe i czasem miałam wrażenie, że czytam scenariusz typowego amerykańskiego filmu. I pewnie odrzuciłabym tę książkę z niesmakiem, gdyby nie autentyczność, która mimo wszystko z niej przebija. Sarchie ciągle pisze o mocy modlitwy indywidualnej, o mocy różańca, o tym jak ważne jest życie w stanie łaski, a jak niebezpieczne jest uleganie pewnym modom lub banalizowanie takich zabaw jak przebieranki halloweenowe, wróżby, wywoływanie duchów podczas imprez - że niby taka świetna, emocjonująca zabawa.
Tym, co ostatecznie zdecydowało, że książkę przeczytałam całą i szczerze ją polecam jest również brak zagłębiania się w meandry psychologiczne autora. A przecież mógłby on nie jedną a kilka książek napisać o tym, z czym musi się zmagać, gdy asystuje przy egzorcyźmie, gdy widzi to, co nazywa złem wtórnym, czyli najpotworniejsze zbrodnie Nowego Jorku, które niby są czynem człowieka, ale tak naprawdę czyimś jeszcze. Pokora tego człowieka przebija z każdej strony tej książki i ostatecznie świadczy o jej autentyczności i prawdziwości wszystkich opisanych tam potwornych spraw.
Ta książka to wielkie świadectwo wiary w Boga, w Jego moc i opiekę. To także kolejny dowód na to, że w świecie toczy się prawdziwa walka o dusze. O tym, jak zgubne w skutkach może być trywializowanie lub - co gorsza - wyśmiewanie tego faktu. Ralf Sarchie przedmowę do książki kończy słowami "Niech Bóg ma w opiece Was wszystkich".
I ja też tak kończę dzisiejszy wpis. Życząc równocześnie, żebyście się chwilę zastanowili, zanim pozwolicie dzieciom przebrać się 31 października za demona.
"Zbaw nas ode złego", Ralph Sarchie, Lisa Collier Cool, wyd. Esprit, 2014
wtorek, 3 czerwca 2014
Tymon pisze do gazety
W naszej szkole muzycznej uczniowie redagują swoją gazetkę pt. Scherzo. W kwietniu nasz pani, Krystyna Dyżewska zaprosiła nas na koncert swojego byłego ucznia - Sławka Krysy. Sławek aktualnie przygotowuje się do eliminacji w konkursie Chopinowskim. Dodatkowo zagrały też 4 uczennice naszej pani - te które przygotowywały się do konkursu. Pozostałe dzieci miały za zadania napisać recenzję z tego koncertu.
Pomysł recenzji był pomysłem naszej pani i uważam go za fantastyczny. My w domu od dawna lubimy recenzje za sprawą filmu "Ratatuj" i groźnego krytyka kulinarnego, Antona Ego. Tymonowi Anton Ego bardzo się podobał, chyba nawet mu imponował tą swoją srogością. Ja również uważam go za najciekawszą postać filmu. Dlatego też recenzja Tymcia zaczyna się mottem, który z kolei jest cytatem z recenzji Antona: Nie każdy może być wielkim artystą, ale wielki artysta może obudzić się w każdym.
Pani zaniosła recenzje do gazetki szkolnej, a redakcja postanowiła w niej zamieścić dwie z nich. Między innymi Tymcia. Przyznaję, że pomogłam Tymonowi w zapisaniu tytułów utworów, ale sformułowania i opis wrażeń jest jak najbardziej jego.
A to link do wydania internetowego "Scherzo":
http://www.sm1st.wroclaw.pl/assets/files/Scherzo/scherzo%205.pdf
Pisanie recenzji to wspaniała zabawa i równocześnie spora dawka wiedzy dla dzieci - na temat gatunku, sposobu redagowania, etc. No i inaczej uczestniczy się w wydarzeniu, gdy ma się świadomość takiej odpowiedzialności, jak zrecenzowanie go nieobecnym lub - jeszcze trudniej - obecnym.
Myślę, że będziemy takie rzeczy powtarzać częściej, na własny użytek, wychodząc z dziećmi do kina, czy na wystawę (ostatnio byliśmy w powstającym dopiero Muzeum Pana Tadeusza na wrocławskim Rynku) i być może uda mi się namówić Tymona, by opisał swoje wrażenia.
Pomysł recenzji był pomysłem naszej pani i uważam go za fantastyczny. My w domu od dawna lubimy recenzje za sprawą filmu "Ratatuj" i groźnego krytyka kulinarnego, Antona Ego. Tymonowi Anton Ego bardzo się podobał, chyba nawet mu imponował tą swoją srogością. Ja również uważam go za najciekawszą postać filmu. Dlatego też recenzja Tymcia zaczyna się mottem, który z kolei jest cytatem z recenzji Antona: Nie każdy może być wielkim artystą, ale wielki artysta może obudzić się w każdym.
Pani zaniosła recenzje do gazetki szkolnej, a redakcja postanowiła w niej zamieścić dwie z nich. Między innymi Tymcia. Przyznaję, że pomogłam Tymonowi w zapisaniu tytułów utworów, ale sformułowania i opis wrażeń jest jak najbardziej jego.
A to link do wydania internetowego "Scherzo":
http://www.sm1st.wroclaw.pl/assets/files/Scherzo/scherzo%205.pdf
Pisanie recenzji to wspaniała zabawa i równocześnie spora dawka wiedzy dla dzieci - na temat gatunku, sposobu redagowania, etc. No i inaczej uczestniczy się w wydarzeniu, gdy ma się świadomość takiej odpowiedzialności, jak zrecenzowanie go nieobecnym lub - jeszcze trudniej - obecnym.
Myślę, że będziemy takie rzeczy powtarzać częściej, na własny użytek, wychodząc z dziećmi do kina, czy na wystawę (ostatnio byliśmy w powstającym dopiero Muzeum Pana Tadeusza na wrocławskim Rynku) i być może uda mi się namówić Tymona, by opisał swoje wrażenia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


