Przeglądam sobie różne blogi moli książkowych i zauważam, że 90 procent piszących to panie. Młode, takie nawet nastolatki (te podobają mi się najbardziej), po panie na emeryturze i babcie. Mężczyzn mało, a jeśli już jakiś się trafi, to poziomem swojego bloga ustępuje paniom zdecydowanie. To oczywiście tylko moje obserwacje i mój gust na podstawie bardzo ograniczonej liczby blogów, które widziałam i czytałam. Choć statystycznie pań jest w tym obszarze blogosfery więcej.
I trafiłam na taki wpis, poświęcony książkom pisanym przez kobiety. Autorka wylicza swoje ulubione pisarki, a pod postem komentatorzy - czy raczej komentatorki - dodają swoje typy.
Okazuje się, że jestem bardzo zacofana, mało czytam i mało przeczytałam do tej pory, bo wielu nazwisk nie znam i nie widziałam nigdy na oczy. Ale część typów jest mi znana, w tym nie tylko z twórczości, ale głównie z nazwiska i okładki. Bo problem jest taki, że książek pisanych przez panie mam niewiele na swoich półkach, bo zdecydowanie jakoś tak preferuję panów.
I teraz pytanie: czy ja preferuję panów pisarzy, czy może książki napisane męską ręką bardziej mi odpowiadają? Oczywiście to drugie.
Więc sobie tworzę swoją listę pań, najpierw tych, które znam, lubię i czytałam, a potem tych, po których książki nie sięgnę, gdyż zbyt wysoko cenię sobie swój czas.
Moje autorki:
Lucy Maud Montgomery - zaczytywałam się we wszystkie "Anie" i "Emilki", czytałam od początku do końca i z powrotem. Potem był jeszcze "Błękitny zamek". Książki te były moim odpoczynkiem, pociechą rozrywką, drugim życiem. Zaniedbałam przez nie inną literaturę, bo one były w moim życiu tak obecne i wszędobylskie, że brakło miejsca na inne.
Astrid Lingren - oczywiście "Dzieci z Bullerbyn", wymarzona wioska, wymarzony układ domów i przyjaciele. W dorosłym życiu, dzięki dzieciom odkryłam Emila i Pippi. Uwielbiam.
Maria Konopnicka - kocham jej wierszyki dla dzieci, są pisane takim pięknym polskim językiem, którego już nie usłyszę nigdy i nigdzie.
Wanda Żółkiewska - za jedną książkę, za to taką, która mnie wbiła w fotel gdy czytałam w wieku może 12 lat: "Dzikus, czyli wyjęty spod prawa"
Anka Kowalska - "Pestka". Oczywiście po latach zupełnie inaczej widzę te losy, tych ludzi, ich życie inaczej oceniam, ich wybory....Ale jest tam kilka fragmentów, które mnie do dziś głęboko poruszają. I zupełnie nie mają nic wspólnego z głównym wątkiem. Dlatego uważam tę książkę za bardzo wartościową pozycję.
Anna Świderkówna - kocham jej felietony, mądre, ciepłe i pisane z wiarą, nadzieją, emocją, dobrą emocją.
Maria Woś - wrocławska dziennikarka, niedługo skończy 79 lat, przewyższa mnie energią, siłą i determinacją. Przy niej czuję się z jednej strony jak uczennica, z drugiej jak niedołężna staruszka. Uwielbiam felietony, których można słuchać w każdy czwartek w Radio Wrocław, a także czytać w dwóch tomikach wydane.
Frances Hodgson Burnett - znam tylko "Małą księżniczkę", ale spędziłam nad nią tyle cudownych chwil w dzieciństwie, że muszę umieścić ją w moim spisie, z wdzięczności po prostu.
Eleanor H. Porter - za "Polyannę" oczywiście.
Marry Shelley - czytałam tylko "Frankensteina", ale nie jestem pewna, czy coś więcej napisała. No, ale Frankenstein....!!!! Cóż, rzec mogę: szacun!
Autorek jest więcej, ale muszę sobie przypomnieć i obiecuję zwracać większą uwagę na płeć:)
A teraz autorki, których nie czytała i nie zamierzam czytać.
Siesicka, Ożogowska, Musierowicz, Chmielewska - nie czytałam z wrodzonej sobie przekory. To znaczy Chmielewskiej coś tam kiedyś...i owszem, było przyjemnie, zabawnie, ale nie inspirująco, tak w sumie nijak. JA nie zamierzam tu pisać, że książki tych autorek są złe, albo nieciekawe. Broń Boże. Podejrzewam, że wiele straciłam, nie sięgając po nie. Niedawno czytałam obszerne fragmenty "Chłopaka na opak" i stwierdziłam, że "Mikołajek" to przy tym niższa liga, naprawdę. No, ale stało się i już, może sięgnę po nie na emeryturze, nie wiem, ale nie wykluczam tego, bo myślę, że nic nie stracę.
Za to poniżej plejada autorek, które są często wręcz hołubione na blogach czytelników, a ja mam odruch bezwarunkowy polegający na panicznej ucieczce, gdy tylko zbliżę się do książki którejś z nich. Niektóre odruchy powstały znikąd, samorodnie, niektóre po próbach zapoznania się twórczością niżej opisanych. A więc na czarnym indeksie mam: Katarzynę Grocholę, Monikę Szwaję, Beatę Pawlikowską, Olgę Tokarczuk, Hannę Bakułę, Rowling, Jelinek, Muller. To zdecydowana czołówka w peletonie, wszystkie próbowałam czytać, z wyjątkiem Szwai, gdyż u niej już same tytuły i opisy na okładce powodowały wyżej wymieniony odruch.
Listę będę uzupełniać, tak jedną jak i drugą.
"Dwie chwile ważne są w życiu każdego: ta kiedy się urodził, oraz ta kiedy dowie się po co żyje." Mark Twain.
wtorek, 11 marca 2014
W poszukiwaniu miejsca na Ziemi
To było dosyć dziwne uczucie: już chciałam odrzucić tę książkę, ech tam, nudnawa i widocznie nie dla mnie....A jednak czytałam, i czytałam, i czytałam coraz bardziej. Co w niej jest takiego innego, zastanawiałam się i w końcu pojawiła się odpowiedź i to nawet nie esprit d'escalier, a jeszcze w trakcie czytania. McCarthy pisze dialogi w bardzo specyficzny sposób, który najpierw mnie trochę drażnił i męczył, ponieważ, żeby nie pogubić wątku trzeba mózgownicę nieco bardziej wysilić - autor bowiem nie ma zwyczaju zaznaczania dialogów tzw myślnikami, i nie okrasza ich opisami typu: "powiedział, patrząc bystro...", albo "odpowiedziała uśmiechając się przenikliwie" Po prostu: dialog to wymiana zdań. I tylko u McCarthiego nie potrzeba tych opisów emocji towarzyszących wypowiadanej kwestii. Czytelnik i tak je widzi, czuje. I to jest wielka siła tej powieści.
"Rącze konie" czytałam tak, jakbym oglądała film. Mimo oszczędności w wyrazie, napisane są bardzo sugestywnie i plastycznie. Nie zawsze zdarza mi się poczuć zapachy powietrza, otoczenia, które wdychają bohaterowie z powieści, a tutaj to wszystko miałam. Czułam zapach prerii, chłód nocnego powietrza, smród celi więziennej, krew bucie, smak tortilli....
John Grady Cole ucieka z domu razem ze swoim przyjacielem, Rawlinsem. Ruszają konno ku przygodzie, radośni jak dzieci, że udało im się bliskim zrobić takiego psikusa. Śpią pod gołym niebem, spaleni słońcem zajadają zapasy z puszki, albo wędzą upolowane mięso i Rawlins mówi do Johna Grady'ego "Wiesz, mógłbym tak zawsze". A potem beztroska przygoda, próby samodzielnego, odpowiedzialnego życia i pracy zamieniają się w awanturę i przemoc. Chłopcy szybko dorastają, muszą dorosnąć, żeby przeżyć.
Opis całej książki, recenzja, która mnie najbardziej przypadła do gustu znajduje się tu:http://www.cormacmccarthy.pl/recenzje/racze-konie-recenzja.html
Nie sądziłam, że stanę się miłośniczką Dzikiego Zachodu. Do tej pory wydawało mi się, że powinni przez to zafascynowanie przechodzić młodzi chłopcy, bo kowboje, bo Indianie, bo konie, bydło, strzelby, strażnicy prawa.....A jednak dałam się uwieść Cormacowi McCarthy'emu i jego opwieści, choć wydawało mi się, że nie interesują mnie rozterki dojrzewających młodzieńców. A jednak ta powieść to coś więcej. To opowieść o kończącej się epoce, o poszukiwaniu jej resztek i irracjonalnej, ale jakże dojmującej potrzebie zatrzymania czasu. A także o samotności i niedostosowaniu do otoczenia, do rzeczywistości. I tu chyba Jonh Grady jest mi najbliższy. Na sugestię przyjaciela: "Mógłbyś zostać w domu. To wciąż dobry kraj.", odpowiada:"Tak, wiem, ale już nie mój". "Gdzie jest twój kraj" pyta Rawlins. "Nie wiem. Nie mam pojęcia gdzie. Nie wiem, co się dzieje z krajami"
poniedziałek, 10 marca 2014
Wieczór w filharmonii
Z okazji dnia kobiet zostałam zaproszona do wrocławskiej filharmonii w niedzielny wieczór. Koncert nie byle jaki, ponieważ grała Wrocławska Orkiestra Barokowa i niecodzienny repertuar, a mianowicie najpierw Carl Philip Emanuel Bach: Adagio h-moll, J. Haydn Symfonia d- moll nr 26 "Lamentatione" i wisienka na torcie, czyli Joseph Martin Kraus - Oratorium pasyjne "Der Tod Jesu"
Pierwsza część koncertu, czyli Bach i Haydn minęła mi bardzo szybko, ale udało mi się zupełnie odprężyć, odpocząć i uśmiechnąć. Wyjeżdżałam bowiem z domu w nastroju chmurnym i beznadziejnym. Od czegóż jednak muzyka! A ja mam słabość do orkiestr barokowych, ponieważ nie znam się na muzyce i ucho mam bardzo niewprawne, to orkiestra barokowa daje mi możliwość wyłapania i wsłuchania się w każdy instrument z osobna. Poza tym klawesyn! A wczoraj jeszcze pozytyw w drugiej części. Samo patrzenie na te instrumenty sprawia mi przyjemność.
Podczas przerwy wypiliśmy po lampce wina i wróciliśmy na widownię.
Drugą część zapowiedział osobiście wczorajszy dyrygent, skrzypek i kapelmistrz w jednym, pan Zbigniew Pilch. I dowiedziałam się o Josephie Martinie Krausie.
Oratorium pasyjne "Der Tod Jesu" zaprezentowane zostało z udziałem solistów (sopran Aldona Bartnik, alt Ewa Wojtowicz, bas Maciej Adamczyk) oraz chóru chłopięcego Filharmonii Wrocławskiej. Czy raczej chóru chłopięco męskiego.
Koncertmistrz poprosił o skupienie i opowiedział bardzo krótko o autorze dzieła. J. M. Kraus był Niemcem, rówieśnikiem Mozarta, tworzącym jednak na peryferiach kulturalnych ówczesnej Europy, w Sztokholmie. Żył bardzo krótko, bo jedynie 36 lat (zmarł w 1792 roku), więc jego spuścizna jest niewielka, ale niestety w internecie trudno znaleźć rzetelne informacje na ten temat. Przynajmniej w wersji polskojęzycznej. Ponadto Wiki polska informuje nas, że Kraus był Szwedem, podczas gdy Pilch mówił, że był Niemcem mieszkającym większą część życia w Szwecji. No więc ja się przychylam wersji koncertmistrza, jeśli po drugiej stronie mam wikipedię.
Oratorium zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Jest oszczędne w wyrazie, a przez to straszliwie sugestywne i poruszające. Recitativa solistów oraz arie robiły budziły przejmujące uczucia. I jak zawsze partie chóru...podkreślające całość, podsumowujące, dosadne...
Tutaj znalezione na YT wykonanie innego dzieła Krausa (niestety na YT nie znalazłam w całości oratorium, a poza tym edytor znalazł mi tylko to, a nie umiem jeszcze sobie z nim radzić). Wklejam, żeby dać próbkę twórczości tego kompozytora.:
Pierwsza część koncertu, czyli Bach i Haydn minęła mi bardzo szybko, ale udało mi się zupełnie odprężyć, odpocząć i uśmiechnąć. Wyjeżdżałam bowiem z domu w nastroju chmurnym i beznadziejnym. Od czegóż jednak muzyka! A ja mam słabość do orkiestr barokowych, ponieważ nie znam się na muzyce i ucho mam bardzo niewprawne, to orkiestra barokowa daje mi możliwość wyłapania i wsłuchania się w każdy instrument z osobna. Poza tym klawesyn! A wczoraj jeszcze pozytyw w drugiej części. Samo patrzenie na te instrumenty sprawia mi przyjemność.
Podczas przerwy wypiliśmy po lampce wina i wróciliśmy na widownię.
Drugą część zapowiedział osobiście wczorajszy dyrygent, skrzypek i kapelmistrz w jednym, pan Zbigniew Pilch. I dowiedziałam się o Josephie Martinie Krausie.
Oratorium pasyjne "Der Tod Jesu" zaprezentowane zostało z udziałem solistów (sopran Aldona Bartnik, alt Ewa Wojtowicz, bas Maciej Adamczyk) oraz chóru chłopięcego Filharmonii Wrocławskiej. Czy raczej chóru chłopięco męskiego.
Koncertmistrz poprosił o skupienie i opowiedział bardzo krótko o autorze dzieła. J. M. Kraus był Niemcem, rówieśnikiem Mozarta, tworzącym jednak na peryferiach kulturalnych ówczesnej Europy, w Sztokholmie. Żył bardzo krótko, bo jedynie 36 lat (zmarł w 1792 roku), więc jego spuścizna jest niewielka, ale niestety w internecie trudno znaleźć rzetelne informacje na ten temat. Przynajmniej w wersji polskojęzycznej. Ponadto Wiki polska informuje nas, że Kraus był Szwedem, podczas gdy Pilch mówił, że był Niemcem mieszkającym większą część życia w Szwecji. No więc ja się przychylam wersji koncertmistrza, jeśli po drugiej stronie mam wikipedię.
Oratorium zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Jest oszczędne w wyrazie, a przez to straszliwie sugestywne i poruszające. Recitativa solistów oraz arie robiły budziły przejmujące uczucia. I jak zawsze partie chóru...podkreślające całość, podsumowujące, dosadne...
Tutaj znalezione na YT wykonanie innego dzieła Krausa (niestety na YT nie znalazłam w całości oratorium, a poza tym edytor znalazł mi tylko to, a nie umiem jeszcze sobie z nim radzić). Wklejam, żeby dać próbkę twórczości tego kompozytora.:
A tu link do fragmentu Oratorium: http://www.youtube.com/watch?v=t4A27uEpLUM
Trudno o odpowiedniejsze wprowadzenie w nastrój Wielkiego Postu, jak wysłuchanie poruszającego oratorium pasyjnego, w którym przebija pragnienie żalu za grzechy, pokuty i odpowiedniego przygotowania się na powtórne przyjście Boga.
Ponieważ w koncercie uczestniczył chór chłopięcy, na widowni ogromna część publiczności to byli rodzice, babcie i dziadkowie młodych chórzystów. Pomimo zakazu, pstrykały aparaty, gdy tylko chór podnosił się z krzeseł, by wykonać swoją część. Nie ma bowiem większego przeżycia, niż syncio i wnusio pod "krawatką" i na scenie. A kiedy wychodziliśmy, słyszałam jak jedna babcia mówiła do swojego małego chórzysty "twój głos się wybijał ponad inne". I nie wiem, czy nawet dziecko jest w stanie uwierzyć w taki absurdalny komplement.
Zaniepokoiło nas jednak to, że gdyby tak odjąć publikę, która przyszła li tylko popatrzeć na swoje pociechy, krewnych muzyków z orkiestry, to na sali zostałoby może z 10 osób.....Pierwsza niedziela Wielkiego Postu, spokojne popołudnie, unikatowy repertuar (dzieła J. M. Krausa są bardzo rzadko prezentowane na polskich scenach), niedrogie bilety.....
Jadąc na koncert mijaliśmy tłumy kibiców zdążające na stadion miejski, na mecz Śląska z Legią.
Wrocław - europejska stolica kultury.
czwartek, 27 lutego 2014
Homer warszawskiej ulicy
Obok twórczości Stefana Wiecheckiego - Wiecha nie można przejść obojętnie. Jest to coś tak unikalnego, wyjątkowego, jak nic innego w świecie literatury. Dość powiedzieć, że gwara warszawska nazywana jest wiechem, oczywiście od nazwiska jej propagatora, miłośnika i kronikarza Stefana Wiecheckiego. Piszę 'kronikarza', choć Wiech oczywiście nie był nim sensu stricte. Ale przecież jego felietony to historie autentyczne z życia mieszkańców Warszawy, ponieważ Wiech przez lata był sprawozdawcą sądowym dla Kuriera Czerwonego w Warszawie, a opisywane przez niego sprawozdania pochodziły głównie ze śródmiejskich sądów grodzkich.
To, co mnie najbardziej urzeka w jego felietonach to oczywiście styl, który potwierdza prawdę, że proste rozwiązania są zazwyczaj genialne. Ujęcie sprawy w taki sposób, że czytelnikowi z jednej strony wydaje się to oczywiste, ale ma dojmującą świadomość, że sam nigdy by tak nie umiał niczego opisać, choćby nie wiem jak się starał. Genialny zmysł obserwacji, poczucie humoru, wyczucie sedna sprawy, ironia, ale zupełnie pozbawiona jadu, to wszystko sprawia, że bohaterów felietonów Wiecha traktujemy jak sąsiadów, miłych, czasem szalonych, czasem głupkowatych, ale nigdy nie odczuwamy w stosunku do nich pogardy czy wyższości. Bo w każdym z tych ludzi, którzy lądują z różnych przyczyn przed sądem grodzkim widzimy - chcąc nie chcąc - fragment samych siebie.
Tu jeden z moich ulubionych felietoników przedwojennych pt. "Zezowaty baranek" ze zbiorku pt. "Bitwa w tramwaju"
Pan Antoni Nóżka jest przedsiębiorcą okolicznościowym. (...) W tym roku również ustawił w cieniu pierwszej hali targowej efektowne stanowisko, zapełnione po brzegi biało malowanymi barankami. Nie wiadomo, czy zbytnio się pośpieszył, czy też kryzys wszechświatowy wywołał zastój w handlu przedświątecznym, dość, że przez pierwsze dni pan Antoni nie sprzedał ani jednej sztuki.
Nic zatem dziwnego, że przedsiębiorca był w fatalnym humorze. Na taki właśnie nastrój trafiła pierwsza klientka, pani Helena Kopycińska, która obejrzawszy całą kolekcję, rzekła sceptycznie:
- Żeby te baranki mieli być ładne, to nie można powiedzieć.
- Dlaczego, pani szanowna? Co jem brakuje? Gips w prima gatonku, lakierem obciągnięci jak się należy, rogi złote, na podstawce bukszpan i trawka, co ma być jeszcze więcej?
- Owszem, nie powiem, robota starowna, ale mordy mają jakieś takie niekonieczne.
- Co pod jakim względem?
- Każdy jest inszy.
- Baranek nie kajzerka, żeby mieli być wszystkie jednakowe.
- No faktycznie, ale oni są jakieś dziwne. Ten na przykład ma zyza w lewym oku, a ten w prawem. Ten znowuż podobny jest więcej na kozę, a tamtej z lewej, to czysty Żyd.
- Zwracam pani uwagie, że baranek artykuł religijny i nie masz go pani prawa równiać ze starozakonną narodowością. Po drugie, żebym ja pani szanownej nie powiedział, jak pani wyglądasz!
- No powiedz pan!
- Chcesz pani?
- Chcę!
- No to jak stara cholera, dla której szkoda artystycznego wyrobu. Baranek u niej mam zyza! A sama cholera dziobata jak durszlak, gdzie wyjątkowo dzioba nie posiada, trzy piegi siedzą i czwartem poganiają. No już, zjeżdżaj owieczko, bo tak cie tem zyzowatym barankiem w ucho dmuchnę, że piegi pogubisz!
Pani Kopycińska nie czekała na wykonanie groźby, chwyciła swój pełen prowiantów kosz i wyrżnęła nim pana Nóżkę w głowę.
Z kosza wypadła ćwiartka cielęciny i potoczyła się między baranki, szerząc w stadzie prawdziwe spustoszenie. Na ten widok serce w panu Nóżce zamarło. Energicznym ruchem oderwał nogę od swego straganu i począł się znęcać w sposób wyrafinowany nad grymaśną klientką.
Oczywiście nadbiegł policjant, rozbroił powaśnionych i sporządził protokół i sprawa w amerykańskim tempie znalazła się przed sądem starościńskim.(...)"
No i jak? Dla mnie bomba.
Chcę jednak zaznaczyć, że piszę tu wyłącznie o felietonach przedwojennych i powojennych, natomiast nie czytałam jeszcze powieści Wiecheckiego ani jego autorskiej historii Polski pt. "„Helena w stroju niedbałem, czyli królewskie opowieści pana Piecyka”. To wszystko na razie przede mną.
Cieszę się, że wydawnictwo Etiuda wznawia wydania książek Wiecha. We Wrocławiu do kupienia również w taniej księgarni.
Ja najchętniej zaczytuję się w felietonach. ponieważ mają one luźną konstrukcję, nie trzeba czytać po kolei, każdy opisuje inny przypadek, który znajdował swój finał przed sądem. Więc czytam w przerwach na inne obowiązki, czytam, gdy nie mam ochoty czytać nic innego, czytam, gdy mam tylko chwilkę czasu.
Czytam, czytam i czytać będę Wiecha, co też każdemu polecam.
Dla tych, którzy mają inne wyzwania czytelnicze, ale również chcieliby poznać Wiecha (jeśli jeszcze go nie znają) polecam zbiór "Wiech na 102", obecnie dostępne chyba tylko przez allegro, albo w jakimś antykwariacie.
"Potem to ślicznie Wiech uwieczniał,
z daleka więc do pana Wiecha
pełen wdzięczności się uśmiecham...
I cóż pan teraz uskutecznia?"
Julian Tuwim, autor określenia "Wiech - Homer warszawskiej ulicy"
To, co mnie najbardziej urzeka w jego felietonach to oczywiście styl, który potwierdza prawdę, że proste rozwiązania są zazwyczaj genialne. Ujęcie sprawy w taki sposób, że czytelnikowi z jednej strony wydaje się to oczywiste, ale ma dojmującą świadomość, że sam nigdy by tak nie umiał niczego opisać, choćby nie wiem jak się starał. Genialny zmysł obserwacji, poczucie humoru, wyczucie sedna sprawy, ironia, ale zupełnie pozbawiona jadu, to wszystko sprawia, że bohaterów felietonów Wiecha traktujemy jak sąsiadów, miłych, czasem szalonych, czasem głupkowatych, ale nigdy nie odczuwamy w stosunku do nich pogardy czy wyższości. Bo w każdym z tych ludzi, którzy lądują z różnych przyczyn przed sądem grodzkim widzimy - chcąc nie chcąc - fragment samych siebie.
Tu jeden z moich ulubionych felietoników przedwojennych pt. "Zezowaty baranek" ze zbiorku pt. "Bitwa w tramwaju"
Pan Antoni Nóżka jest przedsiębiorcą okolicznościowym. (...) W tym roku również ustawił w cieniu pierwszej hali targowej efektowne stanowisko, zapełnione po brzegi biało malowanymi barankami. Nie wiadomo, czy zbytnio się pośpieszył, czy też kryzys wszechświatowy wywołał zastój w handlu przedświątecznym, dość, że przez pierwsze dni pan Antoni nie sprzedał ani jednej sztuki.
Nic zatem dziwnego, że przedsiębiorca był w fatalnym humorze. Na taki właśnie nastrój trafiła pierwsza klientka, pani Helena Kopycińska, która obejrzawszy całą kolekcję, rzekła sceptycznie:
- Żeby te baranki mieli być ładne, to nie można powiedzieć.
- Dlaczego, pani szanowna? Co jem brakuje? Gips w prima gatonku, lakierem obciągnięci jak się należy, rogi złote, na podstawce bukszpan i trawka, co ma być jeszcze więcej?
- Owszem, nie powiem, robota starowna, ale mordy mają jakieś takie niekonieczne.
- Co pod jakim względem?
- Każdy jest inszy.
- Baranek nie kajzerka, żeby mieli być wszystkie jednakowe.
- No faktycznie, ale oni są jakieś dziwne. Ten na przykład ma zyza w lewym oku, a ten w prawem. Ten znowuż podobny jest więcej na kozę, a tamtej z lewej, to czysty Żyd.
- Zwracam pani uwagie, że baranek artykuł religijny i nie masz go pani prawa równiać ze starozakonną narodowością. Po drugie, żebym ja pani szanownej nie powiedział, jak pani wyglądasz!
- No powiedz pan!
- Chcesz pani?
- Chcę!
- No to jak stara cholera, dla której szkoda artystycznego wyrobu. Baranek u niej mam zyza! A sama cholera dziobata jak durszlak, gdzie wyjątkowo dzioba nie posiada, trzy piegi siedzą i czwartem poganiają. No już, zjeżdżaj owieczko, bo tak cie tem zyzowatym barankiem w ucho dmuchnę, że piegi pogubisz!
Pani Kopycińska nie czekała na wykonanie groźby, chwyciła swój pełen prowiantów kosz i wyrżnęła nim pana Nóżkę w głowę.
Z kosza wypadła ćwiartka cielęciny i potoczyła się między baranki, szerząc w stadzie prawdziwe spustoszenie. Na ten widok serce w panu Nóżce zamarło. Energicznym ruchem oderwał nogę od swego straganu i począł się znęcać w sposób wyrafinowany nad grymaśną klientką.
Oczywiście nadbiegł policjant, rozbroił powaśnionych i sporządził protokół i sprawa w amerykańskim tempie znalazła się przed sądem starościńskim.(...)"
No i jak? Dla mnie bomba.
Chcę jednak zaznaczyć, że piszę tu wyłącznie o felietonach przedwojennych i powojennych, natomiast nie czytałam jeszcze powieści Wiecheckiego ani jego autorskiej historii Polski pt. "„Helena w stroju niedbałem, czyli królewskie opowieści pana Piecyka”. To wszystko na razie przede mną.
Cieszę się, że wydawnictwo Etiuda wznawia wydania książek Wiecha. We Wrocławiu do kupienia również w taniej księgarni.
Ja najchętniej zaczytuję się w felietonach. ponieważ mają one luźną konstrukcję, nie trzeba czytać po kolei, każdy opisuje inny przypadek, który znajdował swój finał przed sądem. Więc czytam w przerwach na inne obowiązki, czytam, gdy nie mam ochoty czytać nic innego, czytam, gdy mam tylko chwilkę czasu.
Czytam, czytam i czytać będę Wiecha, co też każdemu polecam.
Dla tych, którzy mają inne wyzwania czytelnicze, ale również chcieliby poznać Wiecha (jeśli jeszcze go nie znają) polecam zbiór "Wiech na 102", obecnie dostępne chyba tylko przez allegro, albo w jakimś antykwariacie.
"Potem to ślicznie Wiech uwieczniał,
z daleka więc do pana Wiecha
pełen wdzięczności się uśmiecham...
I cóż pan teraz uskutecznia?"
Julian Tuwim, autor określenia "Wiech - Homer warszawskiej ulicy"
środa, 26 lutego 2014
Kolejka
Jak powiedziałam, tak robię. To już trzeci wpis z dzisiejszą datą. Ale jak planować, to na całego. Poukładałam dziś książki w kolejkach: "do opisania na blogu" i "do przeczytania". Chciałabym także w najbliższym czasie opisać swoje dwie serie czytelniczo wydawnicze.
Logicznie jest chyba zacząć od książek, które przeczytałam.
Czegóż tu nie mamy! No dobra, nie jest tego dużo, ale na szczęście to nie są wszystkie książki, którym chciałabym poświęcić swój czas, prócz tego, który poświęciłam na czytanie. Poświęciłam? To nie jest dobre słowo. Poświęcam wszystko inne, biorąc książkę do ręki.
Zdjęcie jest kiepskiej jakości, ale można chyba zauważyć, że ostatnio królował u mnie Jean Raspail. Przeczytałam po kolei: "Siedmiu jeźdźców", "Pierścień rybaka", "Sire" i "Obóz świętych". Tej ostatniej nie ma na zdjęciu, bo aktualnie czyta ją kto inny. Tak sobie myślę, że Raspailowi i jego książkom poświęcę (hmmm, znowu to słowo, ale tu chyba bardziej pasuje) osobny wpis. Zasługuje na to, on i jego powieści.
Brakuje w tym zestawieniu "Dzieciństwa Jezusa" Coetze (nie mogę znaleźć, nie wiem, czy ktoś sobie nie pożyczył), a do niej chce jeszcze wrócić i podumać nad nią. Bardzo mi się podobała, zrobiła na mnie duże wrażenie, tak, jak poprzednio przeczytana przeze mnie książka noblisty "Hańba", i tak trwałam sobie w zachwycie, na co nagle wtargnął mój mąż i powiedział, że książka jest okropna, on się dusi i męczy jak on czyta i ogólnie ma dosyć współczesnych Kafków. Postanowiłam moje wrażenia zweryfikować.
Nie ma też dwutomowej pozycji, którą raczyłam się ubiegłego upalnego lata i która stała się początkiem mojej miłości do pewnego wspaniałego mężczyzny, który wprawdzie nie żyje już od kilku wieków, ale nie daje o sobie zapomnieć dzięki swojej sztuce. To "Udręka i ekstaza" Irvina Stone'a, a mężczyzną jest oczywiście Michał Anioł Buonarotti.
Położyłam na stosiku, nieśmiało, ale jednak, "Dzienniki" Raisy Maritain. Nie wiem, czy będę umiała napisać coś o tej pozycji, może odważę się spróbować.
Maria Woś i dwa tomy felietonów radiowych. Kocham te książki, znam ich autorkę, cudną, niesamowitą starszą panią.
Dirk Brauns i "Cafe Auschwitz".....czyli seria wydarzeń w moim życiu pod tytułem: miało być wspaniale a wyszło jak zwykle. Rozczarowanie, ta książka, niemniej jednak uważam, że zasługuje na osobny wpis u mnie.
Chesterton to moja miłość kolejna, zupełnie nie pamiętam jak doszło do tego zbliżenia między mną a jego twórczością, fakt, że momentalnie stałam się - jak to mówią - jego wyznawczynią, momentami bezkrytyczną. Położyłam na stosiku tylko "Obronę świata" ale przeczytałam znacznie więcej i tak myślę, że Chesterton będzie zajmował poczesne miejsce na tym blogu. Nie mogę pojąć, dlaczego tam mało osób go zna i ogólnie jest on niepopularny. A przecież to geniusz. Mogę o nim powiedzieć: prawdziwy hipster:)
"Zła matka" jest jedyną książką w zestawieniu, która nie należy do mnie, pożyczyła mi ją koleżanka. Zupełnie nie pasuje do reszty, ale ciągle napotykam na jej wzrok, jak rozglądam się po regale. Poświęcę jej wpis, ale nie będzie to recenzja, coś bardziej w stylu quazi polemiki.
To chyba na razie tyle, ambitnie chyba, dreszcz mi po plecach przebiegł na samą myśl o tym wyzwaniu. Będzie dobrze.
Logicznie jest chyba zacząć od książek, które przeczytałam.
Czegóż tu nie mamy! No dobra, nie jest tego dużo, ale na szczęście to nie są wszystkie książki, którym chciałabym poświęcić swój czas, prócz tego, który poświęciłam na czytanie. Poświęciłam? To nie jest dobre słowo. Poświęcam wszystko inne, biorąc książkę do ręki.
Zdjęcie jest kiepskiej jakości, ale można chyba zauważyć, że ostatnio królował u mnie Jean Raspail. Przeczytałam po kolei: "Siedmiu jeźdźców", "Pierścień rybaka", "Sire" i "Obóz świętych". Tej ostatniej nie ma na zdjęciu, bo aktualnie czyta ją kto inny. Tak sobie myślę, że Raspailowi i jego książkom poświęcę (hmmm, znowu to słowo, ale tu chyba bardziej pasuje) osobny wpis. Zasługuje na to, on i jego powieści.
Brakuje w tym zestawieniu "Dzieciństwa Jezusa" Coetze (nie mogę znaleźć, nie wiem, czy ktoś sobie nie pożyczył), a do niej chce jeszcze wrócić i podumać nad nią. Bardzo mi się podobała, zrobiła na mnie duże wrażenie, tak, jak poprzednio przeczytana przeze mnie książka noblisty "Hańba", i tak trwałam sobie w zachwycie, na co nagle wtargnął mój mąż i powiedział, że książka jest okropna, on się dusi i męczy jak on czyta i ogólnie ma dosyć współczesnych Kafków. Postanowiłam moje wrażenia zweryfikować.
Nie ma też dwutomowej pozycji, którą raczyłam się ubiegłego upalnego lata i która stała się początkiem mojej miłości do pewnego wspaniałego mężczyzny, który wprawdzie nie żyje już od kilku wieków, ale nie daje o sobie zapomnieć dzięki swojej sztuce. To "Udręka i ekstaza" Irvina Stone'a, a mężczyzną jest oczywiście Michał Anioł Buonarotti.
Położyłam na stosiku, nieśmiało, ale jednak, "Dzienniki" Raisy Maritain. Nie wiem, czy będę umiała napisać coś o tej pozycji, może odważę się spróbować.
Maria Woś i dwa tomy felietonów radiowych. Kocham te książki, znam ich autorkę, cudną, niesamowitą starszą panią.
Dirk Brauns i "Cafe Auschwitz".....czyli seria wydarzeń w moim życiu pod tytułem: miało być wspaniale a wyszło jak zwykle. Rozczarowanie, ta książka, niemniej jednak uważam, że zasługuje na osobny wpis u mnie.
Chesterton to moja miłość kolejna, zupełnie nie pamiętam jak doszło do tego zbliżenia między mną a jego twórczością, fakt, że momentalnie stałam się - jak to mówią - jego wyznawczynią, momentami bezkrytyczną. Położyłam na stosiku tylko "Obronę świata" ale przeczytałam znacznie więcej i tak myślę, że Chesterton będzie zajmował poczesne miejsce na tym blogu. Nie mogę pojąć, dlaczego tam mało osób go zna i ogólnie jest on niepopularny. A przecież to geniusz. Mogę o nim powiedzieć: prawdziwy hipster:)
"Zła matka" jest jedyną książką w zestawieniu, która nie należy do mnie, pożyczyła mi ją koleżanka. Zupełnie nie pasuje do reszty, ale ciągle napotykam na jej wzrok, jak rozglądam się po regale. Poświęcę jej wpis, ale nie będzie to recenzja, coś bardziej w stylu quazi polemiki.
To chyba na razie tyle, ambitnie chyba, dreszcz mi po plecach przebiegł na samą myśl o tym wyzwaniu. Będzie dobrze.
W domu przy ulicy Aribau
Znajomy przysłał mi tę książkę, mówiąc, że z pewnością mi się spodoba. Przeczytałam ją dosyć szybko i było to już dawno, kilka albo kilkanaście miesięcy temu, a ja wciąż wracam myślami do tej powieści. Sama nie wiem dlaczego.
Książka podobała mi się, owszem, chociaż nie jestem pewna, czy określenie "podobała się" do niej pasuje. "Złuda" to pierwsza powieść Carmen Laforet i jak nas informuje redakcja wydania, nosi ona cechy powieści autobiograficznej. Jest to powieść - pamiętnik, pisany prostym, ale sugestywnym językiem, bez silenia się na soczyste metafory i rozwlekłe opisy. Osiemnastoletnia Andrea przyjeżdża do Barcelony, by studiować. Przyjeżdża z małej wsi, jej majątek to wielka waliza wypełniona książkami. Ma zamieszkać u rodziny, której jeszcze nie zna, to znaczy poznała kilka osób kiedyś, we wczesnym dzieciństwie, ale pamięta te twarze przez mgłę. Na dworcu w Barcelonie nikt na nią nie czeka, Andrea samotnie przemierza nocne miasto i staje w progu mieszkania swoich bliskich.
Rodzina jej prawie nie pamięta, babcia myli ją z kimś innym, ale przyjmują ją milcząco, tak jak nakazuje obyczaj, by pomagać członkom rodziny, nawet jeśli ich się widzi pierwszy raz w życiu. Andrea poznaje co to koszmar biedy, głodu, brudu i rodzinnych patologii. Przytoczę jeden fragment, który już na samym początku zmroził mnie tak, że aż jęknęłam i pomyślałam "o mój Boże, biedna dziewczyna, ona nie da rady"
"Pomyślałam, że nikt tu chyba nigdy nie używa łazienki. W poplamionym lustrze nad umywalnią - och te ciemne, zielonawe światła w całym domu - odbijał się niski sufit zasnuty pajęczynami i moje własne ciało wśród strumieni wody (...)łazienka przypominała grotę czarownic. Okopcone ściany zachowały ślady kościstych rąk, krzyków rozpaczy. Wszędzie poodpadany tynk, dziury (...) nad lustrem umieszczono makabryczną "martwą naturę": żółte ryby i cebule na czarnym tle"
Akcja powieści rozgrywa się tuż po wojnie domowej w Hiszpanii. Świat rodziny skupiony w mieszkaniu przy ulicy Aribau to obraz okaleczonego i umęczonego wojną społeczeństwa, które traci swoje człowieczeństwo we wszechobecnej nędzy, brudzie i podłości. Andrea mieszka w tych okropnych warunkach przez rok, często jest świadkiem karczemnych rodzinnych awantur, które kończą się najczęściej rękoczynami. Nie dojada, chodzi ubrana w łachmany, ale zachowuje się inaczej niż to jej najbliższe otoczenie. Przebywa z nimi, ale tak naprawdę jest daleko, ma swój bezpieczny i piękny świat, który pozwala jej przeżyć i zachować godność w tych okropnych warunkach. Poznaje przyjaciół, a właściwie zdobywa ukochaną przyjaciółkę, która pomaga jej wydostać się z tego okropnego świata. Opuszcza dom przy ulicy Aribau i swoją rodzinę bez najmniejszego żalu i sentymentu - takie przynajmniej są jej pierwsze wrażenia.
Opowieść, miejscami ponura i przytłaczająca jest w jakimś sensie optymistyczna. Pozwala uwierzyć, że nawet w skrajnych warunkach można i trzeba pozostać wiernym swoim ideałom, można zachować swoją tożsamość nawet obcując z ludźmi tak pokaleczonymi jak Juan, Gloria czy Roman. Pisałam wcześniej, że zdarza mi się wracać myślami do tej książki. Tak, ponieważ ona głęboko wciska się w podświadomość. To jest powieść właśnie taka, którą lubię, zostawia po sobie jakiś niepokój, jakiś niedosyt, jakąś melancholię. No i język. Jak na debiut pisarski, autorka posługuje się dojrzałym językiem, czyta się książkę bez przemęczenia formą, wręcz przeciwnie. W dusznych opisach rodziny albo mieszkania przy Aribau język jest powiewem świeżości i czasem dzięki niemu udawało mi się przebrnąć przez niektóre straszne opisy scen, do których dochodziło w obecności Andrei.
Zdecydowanie polecam, ale nie wiem, czy jest to pozycja łatwo dostępna. Mój egzemplarz to wydanie ISKRY z 1962 roku.
Idzie nowe...?
Nie wiem, czy wiosna czy jest jakiś inny powód, ale chciałabym - po raz kolejny - tchnąć trochę życia w tego bloga. Marzy mi się kącik dzieciowo - książkowo - podróżniczo - rękodzielniczy. Przynajmniej na razie. Docelowo chciałabym jeszcze pisać o pracy, ale to oczywiście pod warunkiem, że czas i siły pozwolą. W każdym razie jeśli chodzi o książki, poczyniłam postępy, malusie, ale zawsze coś, czyli od ubiegłego roku robię listy książek: "do przeczytania", czyli te, które czuję i muszę z jakichś powodów przeczytać. "Teraz czytam" oraz "Przeczytane". I przede mną najtrudniejsze zadanie, czyli napisać swoje recenzje kilku przeczytanych, tak, żeby było coś do wrzucenia na bloga.
Dzieci u babci na feriach, ja wczoraj pracowałam bez wytchnienia 11 godzin i udało mi się dwie bardzo ważne sprawy załatwić, tak więc dziś postanowiłam ze dwie godzinki poświęcić sobie i pobuszować tutaj. Nadrobić zaległości, napisać dwie recenzje....hmmm, ambitnie. Do zobaczenia wieczorem, będziemy robić podsumowania.
Dzieci u babci na feriach, ja wczoraj pracowałam bez wytchnienia 11 godzin i udało mi się dwie bardzo ważne sprawy załatwić, tak więc dziś postanowiłam ze dwie godzinki poświęcić sobie i pobuszować tutaj. Nadrobić zaległości, napisać dwie recenzje....hmmm, ambitnie. Do zobaczenia wieczorem, będziemy robić podsumowania.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
